Ramen internetu i ziemniaki analogu.
Lubisz ramen? Ja lubię, k-o-c-h-a-m ramen. Ale jeśli jesz ramen trzy razy dziennie, przez pół roku, to w końcu przychodzi ten dzień, kiedy stoisz nad miską i myślisz: "Ja już nie chcę, ja już nie mogę, ja chcę.. ziemniaki". Tak mniej więcej wygląda moment "going analog", jak po paru latach tego internetowego żarcia, nagle budzisz się z refluksem informacyjnym, patrzysz w telefon i masz wrażenie, że Twój mózg ma biegunkę.
Scroll zamiast myślenia
Popatrz na dzisiejszy internet. Serwisy newsowe to taśma produkcyjna treści, social media karmią Cię ściekiem, a generatywne AI dba o to, żeby nigdy Ci nie brakowało treści. Jak robi się zbyt nudno to chociaż obejrzyj: czy to jakiś mem w 6 nowych wersjach, czy to jakiś filmik o hindusie filmującym się przy jadącym pociągu, a może nowy challenge z lizaniem podłogi..? głupot nie brakuje. To nie są informacje, to jest zawartość przemiałowa. Mózg niby coś przeżuwa, ale nic z tego nie zostaje - tak jakbyś jadł chipsy, które smakują dobrze przez pierwsze pięć sztuk po otwarciu, a potem ręka sama sięga do paczki, bo gest jest już zaprogramowany.
Nie musisz nienawidzić internetu, żeby powiedzieć "dość". Możesz doceniać jego szerokie możliwości i jednocześnie mieć prawo do prostoty. Powrót do analogu to jak ziemniaczki po tygodniu fast foodów - nie są ekscytujące, ale robią robotę dla organizmu.
Mniej bodźców to nie ucieczka od świata.
Going analog wpisuje się naturalnie w to, o czym już pisałem przy okazji:
- cyfrowego minimalizmu,
- cyfrowego odgracania,
- nowego matrixa,
- virali głupoty,
- discorda vs forum,
- a nawet gwiazd Wikipedii..
W internecie znajdziesz teksty i raporty, które wszystkie w sumie mówią to samo, tylko każda ubrała to w inną etykietę: analog wellness, offline era czy po prostu: więcej życia w realu. Fajnie. Cieszę się, że 2026 to rok, w którym ludzie nie tyle wracają do "starego internetu", co odwracają się od dzisiejszego bełtu cyfrowego, który ich psychicznie wypala.
Offline jako higiena psychiczna.
Trend offline nie jest żadną ciekawostką ani modą dla ludzi, którzy nagle odkryli zapach świec sojowych; to raczej zmiana kulturowa w sposobie korzystania z technologii. Po prostu mamy dość scrollowania, bo coraz więcej z nas zaczyna zauważać, że to wcale nie relaksuje, tylko systematycznie podkopuje spokój i koncentrację. Taka odpowiedź organizmu na zmęczenie, które narastało latami - dzień zaczynał się od powiadomień, kończył na rekomendacjach, a w międzyczasie algorytm pilnował, żebyś ani na sekundę nie został sam ze swoimi myślami.
Pisząc dosadnie: going analog jest jak prymitywny, zwierzęcy odruch obronny i komunikuje bardzo prostą rzecz - mam teg o o o k u r w A d o ś ć..
Jeszcze kilka lat temu ludzi, którzy nie korzystali z komputerów, internetu czy smartfonów, traktowano jak jakąś anty-cyfrową sektę. "Wycofani cyfrowo" - tak to wtedy modnie nazywano. Ja patrzę na to zupełnie inaczej, mam raczej przemyślenia na temat ludzi tkwiących w niekończącej się spirali powiadomień, newsów, alertów i dramatów dnia. Bo jeśli mam być szczery, to coraz częściej to oni wydają mi się wycofani, wycofani społecznie - odcięci nie od internetu, tylko od rzeczywistości.
Prawda, którą widzę coraz wyraźniej jest taka: po odcięciu się od mediów głównego nurtu (a odcięty jestem od 5 m-cy) świat zaczyna dzielić się na dwie równoległe wersje. Jedna istnieje fizycznie tu, gdzie ludzie chodzą, pracują, gadają głupoty i mają zwykłe problemy. Druga istnieje w internecie gdzie wszystko jest kryzysem, wojną i dramatem. Zgadnij, która z nich jest prawdziwa. No właśnie..
Dlaczego ciągnie nas do rzeczy, które mają koniec.
Fajnie widzieć, że coraz więcej ludzi szuka doświadczeń, które mają koniec. Książki się kończą, puzzle się kończą, szkicowanie się kończy, majsterkowanie się kończy, gry też się kończą (pisałem o uzależnieniu od gier tutaj). Nawet najprostsze dłubanie przy czymkolwiek, ma naturalną kropkę na końcu zdania. I to ma ogromne znaczenie, bo w świecie nieskończonych autoplayów, jest to praktyczny mechanizm radzenia sobie z nadmiarem bodźców.
Co ciekawe, coraz częściej mówi się o tym jak o nowym luksusie, ale nie chodzi o odkrycie rysowania węglem i wrzucanie relacji z podpisem slow life, ani o układanie puzzli tylko po to, żeby zrobić im zdjęcie na tle kawy z pianką. To nie jest powrót do winyli, pisania listów gęsim piórem ani do "cyfrowego detoksu", który trwa dokładnie weekend i kończy się rolką z hasztagiem #offline.

Mózg uczy się scrollowania szybciej niż myślenia.
Internet jest jak ramen - intensywny, wciągający i dobry od czasu do czasu ale na dłuższą metę każdy organizm domaga się ziemniaków: prostych, sycących i z wyraźnym końcem. Smacznego!
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz