Mózg mi nie odpisał na e-maila z gratulacjami.
Zrobię to najprościej jak umiem, choć chyba prosto nie będzie, bo to tekst o tym, że wszystko jest proste, dopóki mózg dostaje instrukcje co ma robić dalej. U mnie instrukcje zawsze były, checklisty lśniły, dopamina na baczność, a projekty czekały jak pizze na dowóz o 2 w nocy. Tylko że teraz gdy lodówka jest pełna, portfel nie krzyczy o uwagę, mogę wyjść do ulubionej restauracji a powiadomienia mam wyciszone, ja dalej siedzę po nocach i rozkminiam, składam, czytam i analizuję, sklejając coś z niczego, jakbym - jak ten górnik - próbował "wydobyć" nowy blok z własnych oczekiwań, choć nagroda jest już dawno wypłacona. A ja? (albo mój mózg) Ciągle nie potrafię tego zatrzymać.

Próbowałem poszukać czegoś, z czym się ostatnio mierzę ale nie wiedziałem nawet czego szukać i od czego zacząć. Problem mam taki, że po każdym wow! mój mózg wraca do ustawień fabrycznych i mówi: "fajnie było, ale ja bym jeszcze coś porobił, coś wymyślił", a ja chyba mu nie zrobiłem aktualizacji tego, do czego teraz tak naprawdę dążę, więc czuję, że gonię króliczka; tylko on już nie jest króliczkiem tylko jest takim stanem, jakimś wrednym nawykiem, jak bieżnia, która sama przyspiesza, bo kiedyś ją tak ustawiłem albo ktoś mi ją tak ustawił.
W poprzednich artykułach trochę ponarzekałem na walutę uwagi, na te wszystkie powiadomienia, banery i scroll-pułapki, które żerują na naszej koncentracji jak dobrze zaprojektowany system drenowania dopaminy. Wtedy wydawało mi się, że to już temat przerobiony, że nic mnie nie zaskoczy, że wiem jak to działa, że mam odporność na rozpraszacze. Mija trochę czasu a życie odpala mi kolejną bombę pod tytułem: "dąż więcej, nawet jak nie ma po co". Poczułem się z tym na początku tak, jakbym wylazł z jednego bagna jedną nogą a druga po kolano siedzi w kałuży obok - później po głębszym zastanowieniu, nawet się ucieszyłem, bo może gdyby nie pierwsza noga (cyfrowy detoks) to nie zauważyłbym tej drugiej (wieczna gonitwa).
Zaczynałem..
Zaczynałem od marzeń, które brzmiały prosto jak lista zakupów: zarabiać, zbudować, lepiej zarabiać, udowodnić, dotrzeć, mieć, awansować; przekroczyć próg, za którym życie wreszcie powie sprawdzam i przybije mi wirtualną piąteczkę, że mogę przestać biec. Kiedy już tę piąteczkę dostałem, to okazało się, że to nie stempel z gratulacjami - to był stempel wjazdowy i że traktuję podświadomie te cele jak wersje beta - dążę, testuję, wdrażam, a potem komunikat: "poprawiono uczucie niedosytu, usunięto złudzenie spełnienia" - uwierz mi.. ja to zacząłem dostrzegać dopiero teraz.. i tak myślę, że moja lista zainteresowań [O mnie] wynika właśnie z nieumiejętnego "dowożenia". Jak taki pociąg, który miał dojechać do stacji, tylko że nikt mu nie powiedział, że ona istnieje.
W sumie to nawet potrafię się cieszyć z miejsc, do których dotarłem ale - jak się nad tym zastanowię - nigdy nie goniłem tych miejsc, goniłem drogę do tych miejsc.. największy paradoks polega na tym, że dowiozłem to co chciałem, oprócz momentu, w którym miałem to zauważyć. Jedni powiedzą, że droga daje satysfakcję i poczucie szczęścia - zgoda - ale mam za sobą już tyle dróg, że mnie to już zwyczajnie męczy a po drodze otwieram kolejne, łudząc się, że mnie gdzieś zaprowadzą i w końcu zakończę tego ostatecznego questa i będę w końcu żył jak jakaś wymaksowana postać w grze, która jedyne co może robić, to pomagać nowym graczom. Czuję, że są w życiu drogi ważne jak rodzina, a mój durny łeb przedkłada jakieś kolejne nowe pomysły ponad to. Jak to piszę, to dostrzegam jakie to idiotyczne - otwieram kolejną drogę: stworzę stronę z niszową tematyką; zamiast: usiądź z rodziną.
Dziedziczona dynamika nieskończonego upgrade’u
Myślę, że to ma swoje korzenie w moim wychowaniu - nie będę narzekał, a w sumie mógłbym - bo to był tylko powtarzalny, cichy wzorzec,: "Dobra, super, a co dalej?" Pamiętam serię: szkoła → kurs → awans → następny kurs → następny awans → następna poprzeczka i zawsze towarzyszyło temu pytanie o kolejny krok. Moja psychika mogła wchłonąć prostą zasadę: wartość człowieka mierzy się ciągłością postępu, a nie jakością istnienia - na moje szczęście staram się nie oceniać innych w ten sposób ale to zasługa osób, które stanęły kiedyś na mojej drodze i nie były jakoś super wykształcone i "dowożące" ale były szczere w tym co robiły. Nie mniej jednak, sam siebie oceniam w kategorii: Ja = to, co dowożę w czasie i myślę, że inni też mnie oceniają w ten sposób - co z pewnością jest zajebiście błędne.
Mam wrażenie, że ten nawyk jest we mnie tak głęboko wgrany, że nawet gdy obiektywnie nie mam już presji, żeby cisnąć, to w głowie dalej świeci się kontrolka "zrób coś". Przez lata żyłem w przeświadczeniu, że jeśli nie robię progresu, to znaczy, że robię regres, a jeśli robię regres to znaczy, że zawodzę, a jeśli zawodzę, to.. zawodzę. Z jednej strony słyszę: "idź do przodu, rozwijaj się, nie zatrzymuj", z drugiej zaś zaczynam czuć, że ja nie idę, ja jadę na autopilocie.
Tego bloga prowadzę już cztery miesiące - cztery, powtarzam, cztery całe miesiące - i jeszcze mi się nie znudził, co w moim przypadku jest dość podejrzane. Zaczynam się zastanawiać, czy blog to nie jest przypadkiem pierwszy projekt w moim życiu, który nie jest po to, żebym go "dowiózł", tylko żebym go przeżył. Czy blog mnie tu zatrzyma? Nie wiem. A może będzie moją pauzą? Może. Dopiero gdy zacząłem pisać o własnym pędzie, zacząłem zauważać, że ja wcale nie boję się iść do przodu - ja się po prostu panicznie boję się nie iść.
Dylematy na koniec
Ostatnio znów prawie wcisnąłem ten guzik, gdy odpaliłem jakąś aplikację i zacząłem rozważać, czy nie wysłać CV do startupu, tak profilaktycznie, hobbystycznie, dodatkowo, na wszelki wypadek, jeszcze jedna flaga wbita na mapie, której nikt ode mnie nie wymaga, ale którą mój mózg z przyzwyczajenia uznaje za naturalny kolejny krok. I pamiętam dokładnie ten moment - wewnętrzną bitwę w mojej głowie, która brzmiała jak targowanie się na bazarze: pisać/nie pisać, wysłać/nie wysłać, po co/a może jednak, a może się przyda/a może będę żałował, a może będę żałował, że żałowałem i ostatecznie powiedziałem sobie "a walić to, jeszcze tego mi brakowało", co było decyzją logiczną ale też trochę smutno-śmieszną.
Mam jednak problem z tym, że mogę, a jednak nie muszę. Jak to zatrzymać? Nie wiem jeszcze. Może się nie da zatrzymać, choć czuję, że muszę hamować. Jeśli blog ma być moim hamulcem awaryjnym, to niech będzie, bo przynajmniej jest miejscem, gdzie mogę sobie zapisać, że próbowałem, że mnie kusiło, że odmówiłem, że się zmęczyłem i że to też jest część mnie - ta bardziej ludzka.
Cześć!
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz