Przejdź do głównej zawartości

Mój hejt nie zaczął się w internecie

Mój hejt, nie zaczął się w internecie

w komentarzach pod artykułami ani na żadnym portalu, gdzie ludzie kłócą się o wszystko, od polityki, po to jak prawidłowo obierać ogórka. On zaczął się dużo wcześniej: w pracy, przy porannej kawie, w miejscu, które z założenia miało być neutralne, a w praktyce działało jak codzienna aktualizacja systemu operacyjnego pod nazwą wkurw.exe. I tak, ten wpis będzie nieco dłuższy, dotyczy hejtu - i hejtu w internecie. Możemy go później przedyskutować, ale pozwól, że zacznę od opowiedzenia swojej historii. Ta historia nie jest tylko o pracy - to historia o tym, skąd bierze się hejt, jak działa w małych grupach i dlaczego hejt w internecie jest tylko jego cyfrową wersją na sterydach.

Osoby obgadujące innych przy porannej kawie

Poranna instalacja pogardy

Na początku to w ogóle nie wyglądało groźnie. Ja byłem nowy, któryś z kolei w rotacji kadrowej, więc naturalnie szukałem miejsca, gdzie można usiąść, wypić kawę, pogadać z ludźmi i nie czuć się jak NPC w tutorialu do nowej gry. Był pokój, kanapa i stała ekipa - ekip było kilka a ja wybrałem jedną z nich. Moi rówieśnicy, normalni goście. Śmiech, kawa, luźne gadki - było fajne. Jako świeżak nie potrzebowałem od razu sensu życia - wystarczyło poczucie, że nie stoję sam pod ścianą.

Na początku rozmowy były zwyczajne. Trochę o tym co jest na czasie, polityki, życia, a nawet o tym, że kawa smakuje dzisiaj inaczej. Zero czerwonych flag. Tylko że zawsze, prędzej czy później rozmowa skręcała w to samo miejsce żeby wydać werdykt: a ten to czub, tamten leń, a ten trzeci to klasyczny lizodup szefa, który pewnie właśnie dlatego jeszcze tu pracuje, a oni - mimo że najlepsi - tkwią na dole hierarchii. Narzekali na wszystkich i na wszystko, z tą cudowną pewnością ludzi, którzy nigdy się nie mylą, bo nawet jeśli się mylą, to robią to zespołowo, a wiadomo - w grupie łatwiej mieć rację.

A ja? Ja tam po prostu siedziałem i piłem kawę. Słuchałem. Śmiałem się w odpowiednich momentach. Czasem coś dorzuciłem, żeby nie wyjść na dziwaka. Jeśli miałem inne zdanie, to spokojnie, bez krzyków, bez awantur, zostawałem delikatnie, metodycznie przekonany, że jednak nie mam racji, bo przecież wszyscy tutaj widzą to inaczej. I nawet nie zauważyłem momentu, w którym z gościa, który przyszedł tylko na kawę, stałem się użytkownikiem programu pod tytułem:

Codzienny Przegląd Świata w Trybie: Wszystko Jest Do Dupy™

Narracja, która sama się napędza

Na kawkę przychodziłem codziennie, nawet miałem na co i na kogo ponarzekać - choć tak naprawdę nie czułem się jakiś niedoceniony czy przywalony robotą. W naszych rozmowach, zawsze byli "oni", a my zawsze "MY", i to "MY" było wiecznie niedocenione, przemęczone, najmądrzejsze w pokoju, tylko pechowo otoczone ludźmi, którzy wszystko robią źle albo nie robią wcale.

Tematy zmienialiśmy codziennie - raz praca, raz polityka, raz zupełnie przypadkowy człowiek, który akurat niefortunnie znalazł się w zasięgu rozmowy - ale mechanizm był zawsze ten sam: nakręcanie ciśnienia, podbijanie emocji, szukanie potwierdzenia - a wszyscy się zgadzali - że świat jest przeciwko nam. Wkurw był codzienny, systematyczny, regularny jak ta poranna kawa i równie niezbędny do "dobrego startu dnia".

Zaczynam widzieć świat krzywo

Po jakimś zacząłem oceniać ludzi z góry zanim jeszcze zdążyli się odezwać, jakby każdy miał przypisaną etykietę: ten będzie problemem, tamten na pewno zawali, a z tym nawet nie ma sensu rozmawiać. Nie dlatego, że faktycznie tacy są, tylko dlatego, że tak nauczył mnie poranny briefing nienawiści, który codziennie wgrywał mi do głowy tę samą narrację: my robimy wszystko, oni tylko przeszkadzają. 

Zdjęcie mózgu który nasiąka informacjami i plotkami

Nawet szefa zacząłem wrzucać do tego worka, choć obiektywnie nie miałem z nim żadnej spiny. Heh - byłem jednym z nielicznych, którzy potrafili do niego podejść, powiedzieć wprost, czego potrzebują, co nie działa i co można poprawić, bez focha i bez pasywno-agresywnej opery mydlanej. Dało się normalnie gadać. Dało się coś załatwić. 

Tylko że w mojej głowie, zaczynał działać filtr: "znowu chcę się o coś przypierdolić, znowu coś do roboty, znowu na mnie, czemu ja a nie inni?". Narracja była silniejsza niż fakty.

Ja już nie reagowałem na ludzi. Ja reagowałem na wersje ludzi, które wcześniej wgrał mi do głowy poranny panel ekspertów od wszystkiego. Stałem się gościem, do którego idziesz z pytaniem, a wychodzisz z poczuciem, że właśnie przepraszałeś za to, że w ogóle istniejesz. Nie podnosiłem głosu. Nie wyzywałem. Nie robiłem scen. Ja po prostu byłem chłodno-pogardliwy, w tym najgorszym wydaniu. Taki soft-gburowaty tryb premium.

Zauważyłem też, że jestem wkurzony jeszcze zanim dzień na dobre się zacznie, jakby wkurw wyprzedzał rzeczywistość, przygotowywał mnie na konflikt, który jeszcze się nie wydarzył, ale na pewno się wydarzy, bo przecież zawsze się wydarza. Wracałem do domu bardziej zmęczony po takim dniu, jak po dniach gdzie naprawdę ledwo wyrabiałem się na zakrętach.

Zmęczenie i powolne wypalanie - to czułem - ale w końcu jakoś pomyślałem, na trzeźwo: nie, to nie jestem ja, to nie świat jest aż tak beznadziejny, tylko codziennie wgrywam sobie ten sam soft, który filtruje wszystko przez frustrację.

Odstawienie porannej kawki

Przestałem chodzić na te poranne kawy, po prostu, bez oświadczeń. 

Koledzy z "porannej kawki" oczywiście zauważyli, bo w takich układach frekwencja jest ważniejsza niż jakość rozmowy. Gdy mijaliśmy się w korytarzach, zaczęły się teksty w stylu:

  • Nie byłeś na kawie, co jest?
  • Czemu nie wpadasz?
  • Nawet się nie przywitasz?

A ja, jak przykładny obywatel systemu, zasłaniałem się natłokiem pracy. Klasyk. Tarcza +5 do unikania konfrontacji. Bo jak powiesz prawdę, że nie masz ochoty zaczynać dnia od grupowego seansu pogardy, to nagle robisz się dziwny, wywyższający się albo co gorsza, obrażony.

Pierwsze tygodnie wyglądały jak powtórki z kabaretu. Oni zdziwieni, że mnie nie ma. Ja zdziwiony, że im tak zależy.. żebym przyszedł słuchać, jak świat znowu jest do bani.

Tylko zobaczyłem, że te kawki, były relacją jednokierunkową. Owszem - nie przychodziłem się przywitać ale nikt z tej elitarnej loży szyderców, ani razu nie przyszedł przywitać się ze mną.

Zero:

  • Ej, wszystko ok?
  • Może kawa u Ciebie dziś?
  • Wyskoczysz na chwilę?

Nie. Scenariusz był prosty: to ja mam przyjść do nich.

Oni są centrum- ja jestem satelitą. Kto nie krąży, ten wypada z orbity. Ta poranna wspólnota działała dokładnie jak media społecznościowe. Masz przychodzić. Masz konsumować. Masz dokładać swoje oburzenie do wspólnej puli ale jak znikniesz - nikt nie ruszy tyłka, żeby sprawdzić, czy żyjesz.

Efekt uboczny: normalność

Tamta grupka dalej funkcjonuje tak samo, dalej wszystko jest problemem, dalej każde zadanie urasta do rangi osobistej krzywdy, jakby tylko oni musieli się tym zajmować, a reszta świata istniała wyłącznie po to, żeby im przeszkadzać. Dziś widzę ich raczej jako ludzi znerwicowanych.

Po odstawieniu kawki zauważyłem u siebie, że łatwiej dogaduję się z innymi ludźmi, rozmowy są krótsze, prostsze i dziwnie spokojniejsze - choć w głowie pozostały jeszcze skutki kofeiny.

Okazało się, że większość ludzi nie zasługuje ani na zachwyt, ani na pogardę, tylko na normalną rozmowę, bez przypisywania im roli czarnych charakterów ale żeby postrzegać ludzi w ten sposób musiałem odciąć się i zrezygnować z porannej kawki.

To jest mój przykład hejtu - dużo bardziej przyziemny, obecny w codziennych rozmowach, w kuchniach, przy kawie, w biurach, w tych wszystkich małych rytuałach, które niby są niewinne, a jednak powoli ustawiają sposób myślenia.

Skoro hejt działa w realu

Skoro hejt tak dobrze działa w realnym świecie, przy kawie, między ludźmi, którzy się znają i widzą codziennie, to naprawdę trudno się dziwić, że w internecie, gdzie nikt nikogo nie zna, a konsekwencje rozmywają się szybciej niż historia przeglądarki, działa jeszcze skuteczniej.

Obraz przedzielony na pół - lewa strona pozytywna, prawa strona negatywna

Z hejtem w sieci walczymy od lat - głównie plakatem.

Z człowiekiem.
Z jego palcem nad klawiaturą.
Z jego sumieniem

Były kampanie. Były spoty. Były hasztagi. Były badania, wykresy, raporty PDF, w których wszystko wyglądało poważnie i odpowiedzialnie. Wiemy już prawie wszystko: ile osób hejtowało, ile poczuło się dotkniętych, ile zgłosiło komentarz, ile razy ktoś napisał "debilu" w internecie w województwie kujawsko-pomorskim między 18:00 a 22:00. Cyfry się zgadzają. Slajdy się zgadzają i hejt też się zgadza - ma się świetnie.

My cały czas rozmawiamy z użytkownikiem, a nie rozmawiamy z systemem, który tego użytkownika projektuje jak tor przeszkód dla jego najgorszych impulsów. Jasne, że to ludzie piszą te komentarze, tak samo jak ludzie jedzą fast-foody. Tylko to trochę tak, jakby walczyć z otyłością, rozdając ulotki o zdrowym życiu przy wejściu do galerii handlowej, w której na każdym piętrze jest tylko pizza i automat z cukrem w płynie. A potem się dziwić, że ludzie dalej tyją, tylko już z poczuciem winy.

Internet zaprojektowany pod emocje

W kampaniach antyhejtowych najczęściej mówi się:

"Zastanów się, zanim napiszesz."

Rzadko mówi się:

"Zastanówmy się, dlaczego to jest tak banalnie łatwe, szybkie i bezkarne."

Dziś możesz założyć konto szybciej niż ugotować makaron.

Imię? Jakiekolwiek.
Wiek? Osiemnaście - oczywiście, że osiemnaście.
Klik, gotowe.

I nagle Ania lat 11, siedzi w jednym systemie z dorosłymi ludźmi, botami, trollami, fejkami, farmami komentarzy. Dla niej to jest świat, nie symulacja. Dziecięcy mózg nie ma wbudowanego filtra, ono jest przekonane, że skoro to jest w internecie - to jest prawda.  A my dalej udajemy, że problemem jest to, że ktoś użył brzydkiego słowa.

Oczywiście, ktoś powie: to rola rodziców. Jasne. Tak samo jak rolą rodziców jest uczyć dziecko przechodzić przez ulicę. Ale to nie znaczy, że możemy projektować autostrady przez place zabaw i mówić, że wszystko jest w porządku, bo przecież są znaki ostrzegawcze.

Nie, problemem jest to, że stworzyliśmy środowisko, w którym:

hejtuje się łatwo, reaguje trudno,

a konsekwencje są rozmyte jak regulaminy pisane czcionką 8 px kursywa.

Algorytmy podkręcają emocje, bo emocja to czas spędzony w aplikacji; do tego uwaga, a uwaga to pieniądz. Oburzenie klika się lepiej niż spokój, a wkurzony człowiek pisze szybciej niż spokojny. System nie mówi: "hola, hola, uspokój się". System mówi: "jeszcze, jeszcze, jeszcze trochę tej złości, świetnie się klika". Do tego dochodzą viralowe głupoty: im bardziej durne i przesadzone zachowanie, tym lepiej się niesie, a algorytm nagradza nie refleksję, tylko prowokuje kolejnych do nagrywania coraz to nowych i coraz bardziej absurdalnych filmików. 

Tu jest ta niewygodna część, której nikt nie chce ruszać, bo to już nie jest miękka kampania z serduszkiem, tylko twarda rozmowa o konstrukcji platform.

  • O weryfikacji wieku.
  • O ograniczaniu anonimowości tam, gdzie realnie niszczy ludzi.
  • O odpowiedzialności nie tylko użytkownika, ale też architektury, która jego zachowanie przewiduje i monetyzuje.

I nie, to nie jest wezwanie do świata, w którym każdy komentuje pod nazwiskiem jak w dzienniku ustaw. Anonimowość bywa tarczą dla słabszych. Problem w tym, że dziś jest też maczetą dla agresorów, a algorytm udaje, że nie widzi różnicy - algorytm, ta część systemu, która potrafi ocenić czy znajdujesz się na zdjęciu innej osoby lub czy podrzucić Ci zdjęcie zestawu stołowego, bo rano powiedziałeś do kogoś "ty dzbanie".

To nie jest zamach na wolność słowa

To straszne, że jeśli można kogoś anonimowo doprowadzić do załamania, a czasem i do śmierci, to mówienie, że tak działa internet, brzmi mniej jak wyjaśnienie, a bardziej jak kapitulacja. Łatwiej jest zrobić kampanię "Bądź miły w sieci" niż przyznać, że przez ostatnie 15 lat budowaliśmy cyfrowe miasta, w których nie ma policji, nie ma oświetlenia i wszędzie są megafony do krzyczenia a potem dziwimy się, że jest głośno i agresywnie. I zanim ktoś krzyknie, że to zamach na wolność słowa - wolność słowa nigdy nie oznaczała wolności od konsekwencji. Zwłaszcza gdy mówimy o systemach, które zarabiają na tym, że ludzie są najbardziej widoczni wtedy, gdy są najbardziej wkurzeni.

Coraz częściej mam wrażenie, że pytanie nie powinno brzmieć:

Jak sprawić, żeby ludzie przestali hejtować?

Tylko:

Dlaczego wciąż projektujemy miejsca, w których hejt jest najłatwiejszą dostępną aktywnością?

Nie chodzi o to, żeby ludzie przestali się nie zgadzać. Chodzi o to, żeby najłatwiejszą formą niezgody nie było publiczne upokarzanie drugiego człowieka. Bo z tamtej porannej kawowej grupki, udało mi się wyjść po prostu wstając od stołu. Z internetu nie da się tak łatwo wyjść, kiedy cały świat wpakowaliśmy sobie do kieszeni.

I może zamiast kolejnej kampanii z hasłem "Stop Hejt", powinniśmy na chwilę przestać patrzeć na komentarze, a zacząć patrzeć na konstrukcję pokoju, w którym wszyscy siedzimy.

Na razie próbujemy uciszać ludzi, nie zauważając, że siedzą w pomieszczeniu zaprojektowanym specjalnie tak, żeby echo niosło się jak najlepiej.. a kiedy w końcu robi się za głośno, nie zmieniamy akustyki sali - tylko rozdawane są kolejne ulotki z prośbą, żeby krzyczeć ciszej.

No chyba, że ludzie zawsze mieli w sobie złość, tylko technologia zrobiła z niej model biznesowy..

Cześć!


 **Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**

Hash artykułu:

ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash

Komentarze

Popularne posty

Discord kontra Forum – dlaczego Twój mózg tęskni za phpBB

Cyfrowy minimalizm - mniej pingów, więcej spokoju

Not Your Keys? – Krypto, Prawo i Wielkie Nieporozumienie