Oglądam Dragon Balla
Oglądam, bo kiedy widzę pojedyncze kadry - te nieruchome sceny z lekko rozmytym tłem, z kolorem, który nie jest ani do końca czysty, ani do końca brudny - mam wrażenie, że dokładnie tak wygląda moja pamięć; jakby ktoś specjalnie nie chciał jej wyostrzać, żeby nie zepsuć klimatu.
Ostatnio trafiłem na odcinek, w którym Dende stoi w Boskim Pałacu i patrzy z góry na Ziemię. Nagle przez krótką chwilę, poczułem to coś, jakbym był znowu dzieckiem - to było przyjemne uczucie. Bo ja swoje dzieciństwo widzę dokładnie tak samo - jako piękne bezkresne niebo, pod którym wszystko się wydarzyło ale do którego nie da się już zejść. Mogę sobie tylko patrzeć..
Wiem, że bajki z tamtych lat nie były technicznie dobre, nie miały tej krystalicznej ostrości, płynności klatek, dopieszczonych szczegółów. Miały to coś innego, ten sentymentalny "filmowy" efekt, którego dziś nie potrafię nazwać, ale wiem, że to on sprawia, że wspomnienia nie są ostre, tylko miękkie. Nie były też wulgarne, nie były głupie, nie były nachalne. Jeśli pojawiał się podtekst, to na poziomie "białych majtek" - śmiech przez zęby i ciche chichranie, bo wszyscy wiedzieliśmy, że dziewczyny i tak raczej tego nie oglądają. To była niewinność, która nie udawała, że świat jest sterylny ale też nie epatowała głupotą.
I ten rytm: szkoła, obiad, bajka albo obiad z bajką. Potem bajki się kończyły. Telewizor nie oferował alternatyw a następny punkt programu był sygnałem: czas wstać, ruszyć dupę i może coś odrobić, bo zawsze było coś zadane. Tamten Świat miał granice - i one były czytelne. Zawróciłem się nawet kiedyś w połowie drogi do dentysty, by obejrzeć odcinek Dragon Balla (zęby poczekają), w domu skłamałem, że dzwoniłem ale drzwi były zamknięte. Gdy dziś sobie to przypominam, to będąc na miejscu moich rodziców, pewnie wsiadłbym w samochód i zawiózł siebie do dentysty, a oni nie.. wiedzieli pewnie, że łgałem.. ale może też wiedzieli, że dentysta o 16:00 to zły pomysł?
Dragon Ball nauczył mnie czekania.
Nie wprost, po prostu przez fakt, że nic nie działo się od razu. Aura się ładowała, emocje narastały, czasem odcinek kończył się w najgorszym możliwym momencie. I człowiek musiał z tym żyć. Do jutra albo do przyszłego tygodnia :) Może dlatego dziś, kiedy patrzę na te stare kadry, czuję nie tyle nostalgię, co próbę zrozumienia własnego siebie teraz. Jakby system operacyjny mojego dzieciństwa zakładał, że rzeczy potrzebują czasu, a sens nie pojawia się natychmiast. Patrzę więc na swoje wspomnienia z góry. Nie idealizuję ich, są - jakie są. Widzę pikselozę i niedoskonałości ale też przestrzeń, oddech i ciszę pomiędzy odcinkami. Mam wrażenie, że właśnie w tej ciszy wydarzyło się najwięcej. Może dlatego wróciłem do Dragon Ball? Nie żeby uciec w przeszłość, tylko żeby przypomnieć sobie, że świat kiedyś miał rytm, a ja - cierpliwość? Że czasem warto poczekać, aż Goku skończy ładować Ki? Bo po drugiej stronie czekają rzeczy, które mają sens tylko wtedy, gdy nie dzieją się od razu.
Tytuł tego wpisu może był trochę mylący. Ktoś mógłby się spodziewać tutaj opisu Dragon Balla, moich wrażeń z poszczególnych części, rankingów walk albo rozkładania postaci na czynniki pierwsze. Ehh, nie.. to wszystko już zostało zrobione i to tysiąc razy. Nie mam potrzeby powielać cudzych analiz ani udowadniać, że ta bajka była ważna. Ona po prostu we mnie siedzi. Jak jakiś element hardware’u, z którego jestem zbudowany. Nie jako hobby, nie jako nostalgia na pokaz, tylko jako coś, co zostało wgrane bardzo wcześnie i działa do dziś, nawet jeśli nie zawsze jest na pierwszym planie.
Dzisiaj mając ponad czterdzieści lat, znowu odpaliłem Goku; jestem już po pierwszym sezonie, w drugim na 190+ odcinku i wiem, że jeszcze sporo przede mną.
To ta jedna bajka. Wystarczająco dobra, żeby przez tyle lat zostać częścią mojego systemu. I chyba dobrze..
Czesć!
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz