Mit "on ogarnia komputer".
Kiedy ostatnio rozmawiałem z córką o komputerach, miałem wrażenie, że patrzę na miniaturową wersję całego naszego dorosłego społeczeństwa, tylko bez karty płatniczej, kredytu i konta na Facebooku.
Córka - lat osiem - mówi mi, że ona to nie wie, jak ten kolega z klasy potrafi i wie, co nacisnąć w komputerze, na którym gra w Robloxa czy Minecrafta - Tato jak to jest, że on wie, jak tam chodzić, jednocześnie naciskać myszkę, skakać, otwierać ekwipunek, robić rzeczy. Ona tego tak nie ogarnia. On ogarnia. On "zna się na komputerach".
I ja patrzę na nią, słucham o tym koledze z klasy i myślę sobie: oto narodził nam się mały specjalista IT, który w oczach rówieśników jest bogiem technologii, bo potrafi trzymać palec na W, jednocześnie klikać myszką i nie gubić się w menu. Więc tłumaczę, że klikanie myszką i wciskanie klawiatury to nie jest żadna umiejętność, tylko trochę jak z nauką chodzenia po schodach: na początku dziwne, a potem robisz to bezmyślnie, myśląc o czymś zupełnie innym. I że to, że ktoś wie, gdzie w grze jest przycisk "skok", nie oznacza automatycznie, że wie cokolwiek o tym, jak działa komputer, internet albo co się dzieje z jego danymi, kiedy loguje się przez Google.. bo szybciej.
Oczywiście, to wszystko w wersji dla ośmiolatki, bez wykładu o warstwie aplikacji i protokołach (a jeszcze przecież jest hardware), ale rozmowa była zaskakująco sensowna, jak na wiek i kontekst. Tak sobie pomyślałem, że my, dorośli, jesteśmy dokładnie tą samą ośmiolatką.. tylko mamy kartę do banku, konto do logowania i własne przekonanie, że ogarniamy cyfrowy świat.
Czemu mi majl wpadł do spamu?
Jak się tak rozejrzeć po znajomych, to większość z nas świetnie radzi sobie z pierwszą warstwą cyfrowej rzeczywistości: umiemy założyć konto na portalu, wrzucić zdjęcie, nagrać rolkę, zamówić pizzę przez aplikację, zapłacić telefonem w sklepie, pokłócić się w komentarzach, odpisać na służbowego maila i wyłączyć powiadomienia tylko od tych ludzi, których nie lubimy. I na tej podstawie budujemy sobie w głowie obraz: "no przecież ja się znam w komputerach, siedzę w tym od lat".
Większość ludzi deklaruje dobre albo bardzo dobre kompetencje cyfrowe, bo skoro wszystko działa, to znaczy, że ogarniamy. Problem zaczyna się w momencie, kiedy kończy się warstwa co nacisnąć, a zaczyna dlaczego to w ogóle tak działa.
Nagle okazuje się, że mało kto wie, czemu mail z ZUS-u wpadł do spamu, a ten z nigeryjskim księciem wylądował w głównej skrzynce. Prawie nikt nie umie wyjaśnić, dlaczego jeden phishing jest automatycznie wycinany, a inny wygląda jak normalna wiadomość od kuriera. Bardzo wielu ludzi nie widzi nic złego w wystukaniu swoich danych osobowych na stronie, którą widzą pierwszy raz w życiu, byle miała ładne logo i pasek "zabezpieczone połączenie". Feed z social mediów traktujemy jak okno na świat, kompletnie nie zastanawiając się, dlaczego akurat teraz internet donosi nam z przejęciem, że zbliża się sezon działkowy i że każdy normalny człowiek powinien mieć już altankę, tunel foliowy i pręt zbrojeniowy w promocji.
Wszystko działa, więc wydaje nam się, że wiemy, o co chodzi.
Ludzie mylą wiedzę internetową z wiedzą wewnętrzną.
Badanie z PNAS (2021) ładnie pokazało, że kiedy ludzie szukają odpowiedzi w internecie, potem mylą wiedzę znalezioną z wiedzą posiadaną. Po serii wyszukiwań są dużo bardziej przekonani, że sami znają się na temacie, mimo że bez wyszukiwarki nie potrafią tej wiedzy odtworzyć. No tak zastanów się, czy taki influencer z YT, który nagrywa swój 762 film o jakiejś teorii spiskowej, jest świadomy czy nie zaprzecza w nim informacjom w swoim 12 filmie sprzed 3 lat. W sumie, a kogo to obchodzi? Im sprawniej klika, szuka, przewija i kopiuje, tym trudniej przychodzi mu przyznać, że gdyby jutro ktoś wyciągnął mu wtyczkę z routera, to ta rzekoma wiedza zaczyna się i kończy na tym, co zdążył kiedyś "wyguglać". Za to w oczach innych użytkowników uchodzi za tego co jest w temacie.
Internet zrobił z wszystkich ekspertów od wszystkiego: pięć minut googlowania i już możesz poprawiać lekarza, prawnika czy jeszcze kogoś innego - pod warunkiem, że nikt nie każe ci niczego wytłumaczyć bez internetu.
Bańka zrobiona z naszych kliknięć.
Dla wielu ludzi to wciąż brzmi jak jakaś teoria spiskowa: że niby algorytm "coś mi tam dobiera", a mechanizm jest banalny: klikasz w rzeczy o działkach - dostajesz więcej treści o działkach, zezwoliłeś na nasłuchiwanie swojego mikrofonu i powiesz "dzbanie" - w Pepko promocja na donice, lajkujesz polityków - masz dramy polityczne, oglądasz filmiki o diecie - toniesz w reklamach suplementów, komentujesz o wojnie - z każdej strony wyskakują analizy wojny lub reklama konta premium w grze World of Tanks 😆.
Algorytmy personalizacji nie przychodzą z pałą i nie mówią: "dobra pieprzyć te bajeczki, teraz oglądasz o to" ; one tylko grzecznie podają ci dokładnie to, czym karmisz je od tygodni i miesięcy, a potem wzmacniają ten schemat, bo to maksymalizuje TWOJE zaangażowanie.
My mamy naturalną skłonność do otaczania się swoimi poglądami i źródłami, a algorytm tylko robi z tego automatyczną cyfrową obsługę: "Oo? Widzę, że smakowało, to przyniosę jeszcze". Przeciętny użytkownik nie ma pojęcia, jak to działa. On widzi tylko, że internet mówi, że teraz wszyscy jarają się działkami/wyborami/spiskiem 5G, więc musi to być prawda, bo przecież wszyscy o tym piszą.
W jego bańce - tak.
W Twojej - wszyscy próbują zrobić viralowego kebaba z Instagrama.
Akceptuję wszystko bo inaczej apka nie działa.
Większość młodych dorosłych wie, że coś takiego jak uprawnienia aplikacji istnieje, ale nie rozumie, co tak naprawdę oddaje w momencie instalacji i jakie dane mogą być od tej pory zbierane w tle. Ludzie instalują, klikają "dalej" i właśnie dali dostęp do połowy życia w telefonie.
Same aplikacje bardzo często proszą o więcej niż realnie potrzebują, ogromny odsetek z nich "nadprosi o uprawnienia" - żąda dostępu do lokalizacji, kontaktów, plików czy czujników, mimo że z punktu widzenia funkcji aplikacji nie ma to większego sensu, za to ma świetny sens z punktu widzenia reklamy, profilowania i analityki.
W efekcie mamy taki teatrzyk: producenci systemów mobilnych opowiadają, że "użytkownik ma pełną kontrolę nad swoimi danymi", bo przecież sam klika zgody. Deweloperzy aplikacji chętnie proszą o trochę więcej, na wszelki wypadek, bo dane zawsze się przydadzą, a użytkownik stoi pośrodku i widzi jedynie to, że jeśli naciśnie "Nie zezwalaj", to aplikacja się zamknie. Nic dziwnego, że ludzie domyślnie akceptują wszystko, a dopiero gdy coś pójdzie źle - wyciek, afera - zaczynają się interesować, dlaczego apka‑latarka wiedziała, gdzie mieszkają i do kogo dzwonią.
Boty, fejki itd.
Gdyby popatrzeć na internet tylko oczami zwykłego użytkownika, to wszystko wygląda całkiem normalnie: profile, komentarze, lajki, memy, dyskusje, ktoś napisał, ktoś odpisał - taka globalna wioska. Zejdź jednak o jeden poziom niżej, z warstwy co widzi użytkownik do warstwy co widzi serwer, to ten sam internet wygląda nieco inaczej. Raporty z ostatnich lat są dość jednoznaczne: połowa całego ruchu w sieci to boty (o botach pisałem o tutaj).
I jakby tego było mało, boty to nie tylko odkurzacze z logów serwera. Mamy też wersję bardziej towarzyską: konta w socialach, które z daleka wyglądają jak normalni ludzie, mają zdjęcie profilowe, jakieś imię, parę postów o życiu a ich zadanie? Robić tłum tam, gdzie tłumu nie ma. W zależności od tematu od kilku do kilkunastu procent kont może być botami, a w gorących dyskusjach (polityka, wojna) udział botów w samych postach, potrafi skoczyć do.. kilkudziesięciu procent!
Tak.. to całkiem spora armia udających ludzi algorytmów, które robią szum (a tu pisałem o fajnym przykładzie fejkowych kont), nakręcają komentarze, produkują sztuczne kłótnie, a czasem całe ruchy oddolne. Trudno więc rozwijać zdrowe kompetencje cyfrowe, jeśli nikt nam nie mówi, że w tym samym wątku, w którym kłócimy się z kimś z drugiej strony, równie dobrze możemy dyskutować z trzydziestym klonem, tego samego bota na dyżurze nocnym. Ty masz wrażenie, że temat jest ważny bo setki ludzi sobie odpisuje, a gdyby odfiltrować boty, zostałbyś ty, jedna emerytka i anonim z IP w Irlandii.
Fałszywe poczucie - "ja ogarniam".
Kiedy pytasz ludzi, czy mają wystarczające umiejętności cyfrowe, większość odpowiada, że tak. No przecież używają internetu codziennie, więc jak mogliby go nie ogarniać? Jednak ludzie mocno przeceniają swoje kompetencje i nie trzeba przytaczać tutaj zaawansowanych raportów i analiz z badań. System edukacji uwierzył w mit "cyfrowego tubylca/digital native*" (*urodzony ze smartfonem w ręce), więc podstaw nie uczymy, bo to zbyt oczywiste i młodzi mają to w małym palcu.
W efekcie nawet ludzie, którzy zawodowo mówią o cyber, potrafią paść ofiarą banalnego phishingu albo włączyć przypadkowe makro w podejrzanym pliku, bo u nich też leży podstawa; oni też nie rozumieją, jak działa internet, tylko trochę lepiej klikają w prezentacje o internecie albo - o czym wspomniałem wcześniej - mylą wiedzę internetową z własną.
Przestaliśmy się przyznawać, że czegoś nie rozumiemy.
Że wstyd nam zapytać, jak ośmiolatka: "tato, jak on to robi, że jednocześnie chodzi i klika myszką?", tylko zamiast tego udajemy, że doskonale wiemy, jak działa filtr spamu, algorytm TikToka, protokół HTTPS i jeszcze pół dark webu, byle nie musieć się zastanawiać, dlaczego ta aplikacja aż tak bardzo chce znać moją lokalizację, skoro jest kalkulatorem.
Cześć!
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz