Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2026

Fałszywe poczucie kompetencji cyfrowych

Mit "on ogarnia komputer". Kiedy ostatnio rozmawiałem z córką o komputerach, miałem wrażenie, że patrzę na miniaturową wersję całego naszego dorosłego społeczeństwa, tylko bez karty płatniczej, kredytu i konta na Facebooku. Córka - lat osiem - mówi mi, że ona to nie wie, jak ten kolega z klasy potrafi i wie, co nacisnąć w komputerze, na którym gra w Robloxa czy Minecrafta - Tato jak to jest, że on wie, jak tam chodzić, jednocześnie naciskać myszkę, skakać, otwierać ekwipunek, robić rzeczy.  Ona tego tak nie ogarnia. On ogarnia. On "zna się na komputerach" . I ja patrzę na nią, słucham o tym koledze z klasy i myślę sobie: oto narodził nam się mały specjalista IT, który w oczach rówieśników jest bogiem technologii, bo potrafi trzymać palec na W, jednocześnie klikać myszką i nie gubić się w menu. Więc tłumaczę, że klikanie myszką i wciskanie klawiatury to nie jest żadna umiejętność, tylko trochę jak z nauką chodzenia po schodach: na początku dziwne, a po...

Boty nie lubią PoW

Bo boty to odkurzacze. Jak człowiek zakłada stronę w internecie, to sobie wyobraża, że wchodzi tam pani Kasia z pracy, jakiś random z Wykopu albo jeszcze ktoś przypadkowy. A potem patrzysz w logi i widzisz ruch z dziwnych sieci komórkowych, operatorów z drugiego końca świata i egzotycznych ASN-ów. Oficjalne raporty z ostatnich lat mówią, że około połowa globalnego ruchu w sieci pochodzi od botów - w 2023 było to mniej więcej 49-50% , a w 2024 automatyczny ruch pierwszy raz przebił ruch ludzki i dobił do 51% . Jeżeli skupimy się na konkretnych miejscach w internecie, to ten udział jest jeszcze wyższy: blogi = 65% , punkty API = nawet 90% ! I to mówimy tylko o tym, co da się względnie łatwo rozpoznać na podstawie źródeł IP i charakterystyki ruchu. Czyli: statystycznie rzecz biorąc, co drugi gość na twojej stronie.. to skrypt. robots.txt Stary internet opierał się na dość prostym założeniu, że jak jest sobie bot, to umie czytać. Od tego był plik robots.txt - zwykły tekst w ka...

Załóż stronę WWW

To może wyglądać jak zrzędzenie,  ale nie, to tylko kolejny przykład absurdów dzisiejszego internetu.  Miałem ( bo już nie mam ) w znajomych na FB ludzi, których widziałem raz w życiu. Ktoś z wesela sprzed 15 lat, kolega kolegi z pracy, typ z kursu, na którym byłem pół dnia. Nigdy z nimi nie gadałem, ale z jakiegoś powodu siedzieli mi w kontaktach, jakbym miał im kiedyś pożyczać wiertarkę. No więc zbierałem dalej. Patrzę znajoma twarz - klik i "dodaj do znajomych", bez większego sensu. Tak z pewnością robiło wiele osób, gdy powstał FB i po raz pierwszy rejestrował się na platformie. A potem przychodzi moment, w którym ktoś spośród nas, zakłada biznes i nagle patrzy na tę listę jak na coś więcej niż przypadkowy zbiór ludzi. No przecież tyle lat mówiono nam, że liczby mają znaczenie, to trudno się dziwić, że zaczynamy wierzyć, że biznes też się z nich robi. I tak powstają te wszystkie profile firmowe, które istnieją głównie dlatego, że powinny istnieć. Jakby sa...

Bycie "na czasie", które nic nie zmienia.

Nie jestem już na bieżąco. Od ponad pół roku żyję w równoległym wszechświecie: bez newsów, bez pasków grozy i bez " pilne " co pięć minut. Zero tvn, tvp, wp, onetu, polsatu, itp. Żadnych pasków o katastrofach, żadnych ekspertów od wszystkiego. Facebook, LinkedIn wyłączone, wyciszone yyy.. właściwie to usunięte . I nie tylko niczego mi nie brakuje. Ja nawet nie czuję potrzeby tam zaglądać - co jest o tyle ciekawe, że kiedyś sprawdzałem newsy częściej niż lodówkę. Jak tak sobie patrzę wstecz, to całe wcześniejsze bycie na bieżąco dawało mi mniej więcej tyle, że mogłem w rozmowie z randomowym człowiekiem w pracy, wtrącić jedno zdanie więcej. - "No widziałem, widziałem, straszne co się dzieje w... " I tu wstaw sobie dowolny kraj lub miasto.. i masz większość rozmów przy kawie, ogarnięte bez wysiłku. Po takiej wymianie zdań i tak nic się nie zmieniało. On miał swoje zdanie, ja swoje, świat szedł dalej. Jedyna różnica była taka, że miałem wyższe ciśnieni...

AI kontra własna głowa

Czy da się jeszcze odzyskać sprawczość? Nie pracuję z kodem codziennie ale jak już pracuję, to od jakiegoś czasu łapię się na pewnej rzeczy. Niby rozwiązuję problemy szybciej niż kiedykolwiek, niby mam pod ręką narzędzia, o których jeszcze kilka lat temu mogliśmy tylko pomarzyć, a mimo to coraz częściej pojawia się w głowie mała, niepokojąca myśl: czy ja właściwie zapamiętuję jeszcze cokolwiek z tego, co robię? Rozwiązania pojawiają się błyskawicznie. Problem, prompt, odpowiedź i gotowy kod. Trzydzieści sekund i jedziemy dalej. Tylko że kiedy wracam do podobnego problemu tydzień później, orientuję się, że nie pamiętam ani rozwiązania, ani nawet drogi, która do niego prowadziła. Zostaje tylko wrażenie, że gdzieś to już widziałem. Płytki umysł. Kiedy zacząłem się nad tym zastanawiać, przypomniała mi się książka "Płytki umysł" Nicolasa Carra , który opisywał, że internet, zamiast tylko rozszerzać nasze możliwości, zaczyna też powoli zmieniać sposób, w jaki działa...

Pięć gwiazdek do średniości

Gwiazdki prawdę ci powiedzą? Niekoniecznie. Zacznijmy od banału, który wszyscy znamy: oceny są subiektywne . I dopóki to zdanie brzmi jak cytat z podręcznika, wszystko jest w porządku, bo brzmi mądrze i niegroźnie. Gdy uświadomimy sobie konsekwencję tego banału, to zauważamy, że oceny nie mierzą żadnej jakości.. tylko mierzą ludzi. Kiedy weganin idzie do restauracji, w której nie ma ani jednej opcji wege, to bardzo rzadko wychodzi z myślą: " to nie miejsce dla mnie, świat jest różnorodny, idę dalej" . On raczej wychodzi z poczuciem bycia zlekceważonym, które po powrocie do domu materializuje się w postaci jednej gwiazdki i komentarza o braku szacunku. I z jego perspektywy to jest uczciwe, bo przecież ocenia swoje doświadczenie, a doświadczenie było złe. Dokładnie ten sam mechanizm uruchamia się po drugiej stronie, kiedy mięsożerca wpada do modnego baru z sałatkami, hummusem i kombuchą. Przegląda menu w poszukiwaniu czegokolwiek, co choćby symbolicznie przypomin...

Szklane ściany decentralizacji

Smart kontrakty, czyli beton z kodu. Smart kontrakty to w teorii prosta sprawa: program, który sam wykonuje zasady na blockchainie. Jeśli w kodzie stoi wypłać - wypłaci. Jeśli stoi nie wypłacaj  - odpowie cisza. To brzmi jak przewaga nad światem ludzi: zero uznaniowości, zero kombinowania, czysta matematyka, bez poczucia kontekstu. Nie obchodzi jej, że kliknąłeś nie ten przycisk, że interfejs był mylący albo że ktoś wykorzystał lukę, o której istnieniu nie miałeś pojęcia. Taki smart kontrakt zrobi dokładnie to, co w nim zapisano. Nawet jeśli to głupie, nawet jeśli kosztuje miliony, to nic, bo " System działa prawidłowo ". Szklany sejf i tłum przed szybą Nawet da się w to uwierzyć: kod jest jawny, zasady są jawne i każdy może to sprawdzić. Jawność przypominająca szklaną ścianę w biurowcu: wszystko widać a Ty nic nie możesz zrobić. Stoisz sobie i patrzysz, jak inni przesuwają pionki. Kod takiego smart kontraktu jest przecież publiczny. Możesz go nawet czytać do...

Babciu..

Ostatnio pochowałem Cię, Babciu.. Byłaś cudowną kobietą. Miałaś 92 lata, a trzymałaś się tak, że dobrze to zdecydowanie za małe słowo. Naprawdę myślałem, że dożyjesz 120 - byłaś tak świadoma, tak rozumna, tak obecna. Zawsze uważałem Cię za osobę, która mimo wieku myśli podobnie jak ja. Bez tej "starczej etykietki", którą ludzie czasem komuś przyklejają: że ledwo chodzi, wszystko robi powoli, już nic nie potrafi, trzeba go wyręczać. Ty byłaś zaprzeczeniem tych stereotypów. Byłaś ciepła. Spokojna. Opiekuńcza. Nigdy nie pamiętam Cię złej - raczej z tym Twoim spokojnym uśmiechem, który mówił więcej niż długie rozmowy. Mówiłaś do mnie "synku", a ja naprawdę czułem do Ciebie coś jak do mamy. Nie jak do babci, którą się kocha, tylko jak do mamy, która po prostu jest i stoi za tobą murem, nawet kiedy nic nie mówi. Czułem, że jesteś ze mnie dumna. I to było dla mnie ważne, bo w Twoich słowach nigdy nie było pustej porady. To była otucha. Taka prawdziwa, życiowa...

KILLING SATOSHI

Kiedy Hollywood bierze się za Bitcoina, wiadomo że będzie pościg. Nie planowałem pisać o filmie. Naprawdę. Mam wystarczająco dużo innych rzeczy na głowie, żeby jeszcze zajmować się Hollywood. Są jednak takie momenty, kiedy popkultura puka do drzwi mojej bańki informacyjnej i mówi: "Siema, teraz my będziemy opowiadać znaną Ci historię". Nie ma wyjścia - musiałem usiąść i sprawdzić, czy to będzie opowieść, czy bajka z morałem dla inwestorów detalicznych. Kiedy usłyszałem o filmie " Killing Satoshi ", nie zareagowałem jak fan kina. Zareagowałem jak człowiek, który widzi, że ktoś właśnie bierze jego rzeczywistość, wrzuca ją do blendera i próbuje zrobić z tego thriller.  Bo umówmy się - dla przeciętnego widza Bitcoin to nadal: magia + przestępcy + wykres na giełdzie Dla ludzi z branży to infrastruktura, eksperyment zaufania w historii internetu, a tu nagle, Hollywood mówi, że zrobią film o Bitcoinie. No to chwila. Stop. Zanim ktoś wyjdzie z kina i zacznie...