Gwiazdki prawdę ci powiedzą? Niekoniecznie.
Zacznijmy od banału, który wszyscy znamy: oceny są subiektywne. I dopóki to zdanie brzmi jak cytat z podręcznika, wszystko jest w porządku, bo brzmi mądrze i niegroźnie. Gdy uświadomimy sobie konsekwencję tego banału, to zauważamy, że oceny nie mierzą żadnej jakości.. tylko mierzą ludzi.
Kiedy weganin idzie do restauracji, w której nie ma ani jednej opcji wege, to bardzo rzadko wychodzi z myślą: "to nie miejsce dla mnie, świat jest różnorodny, idę dalej". On raczej wychodzi z poczuciem bycia zlekceważonym, które po powrocie do domu materializuje się w postaci jednej gwiazdki i komentarza o braku szacunku. I z jego perspektywy to jest uczciwe, bo przecież ocenia swoje doświadczenie, a doświadczenie było złe.
Dokładnie ten sam mechanizm uruchamia się po drugiej stronie, kiedy mięsożerca wpada do modnego baru z sałatkami, hummusem i kombuchą. Przegląda menu w poszukiwaniu czegokolwiek, co choćby symbolicznie przypomina schabowego i znajduje jedynie jarmuż w pięciu interpretacjach. To nie będzie dla niego inna koncepcja kulinarna. To będzie "co to za nędza, 1 gwiazdka, bo nie da się tu normalnie zjeść".
I w obu przypadkach nikt nie kłamie. Każdy opisuje swoje realne odczucie. Tylko że te odczucia nie mówią nam prawdy o restauracji. One mówią prawdę o oczekiwaniach.
Komentarze po zakupach
Ten sam teatr odgrywa się w e‑commerce, tylko zamiast jarmużu mamy odkurzacze, słuchawki i roboty kuchenne. Kupujesz sprzęt w promocji "zwrot za.." a po dwóch dniach dostajesz maila:
"Zostaw opinię, a zwrócimy ci 400 zł lub otrzymasz kod rabatowy na następne zakupy".
I nagle pojawia się recenzja na pół strony, w stylu: "Odkurzacz odmienił moje życie, relację z domem.. itd." Czy ten odkurzacz w ogóle miał czas się popsuć? Nie. Czy ktoś realnie przetestował baterię, serwis, trwałość plastiku? Nie. Za to system ocen dostał paliwo: pięć gwiazdek, bo transakcja pieniądze za pochwałę, przebiegła pomyślnie.
Takie zachęty potrafią jednocześnie poprawiać reprezentatywność ocen (do głosu dochodzą też ci umiarkowanie zadowoleni, którzy normalnie nic by nie napisali) i jednocześnie sztucznie podbijać średnią, bo ludzie czują, że wypada odwdzięczyć się sprzedawcy. W efekcie patrzysz na 4,9 gwiazdki i widzisz niby wszyscy zachwyceni, a w środku jest mieszanka realnych doświadczeń, wdzięczności za bonus i chęci bycia miłym.
Do tego dochodzi jeszcze folklor januszowych negocjacji:
- "Panie, dam pięć gwiazdek, jak pan dorzuci filtr / prześle kod na darmową wysyłkę."
- "3 gwiazdki, bo paczka szła dwa dni, a nie jeden, ale sam produkt super."
Tu znów nikt formalnie nie kłamie. Klient naprawdę dostał 400 zł za opinię. Naprawdę był zirytowany kurierem. Tylko że potem wchodzisz na stronę produktu i widzisz 4,9/5 oraz elaboraty o jakości życia, podczas gdy połowa tych tekstów ocenia tak naprawdę: tempo dostawy, kontakt ze sprzedawcą, wysokość bonusu za komentarz, własny humor w dniu, kiedy przyjechał kurier. Produkt jest tu tłem a gwiazdki? Świecą ale cudzym nastrojem.
System opinii działa prosto:
- nie oceniamy jakości,
- oceniamy zgodność z naszym prywatnym wszechświatem.
A ten prywatny wszechświat jest konstrukcją dość skomplikowaną, bo składa się z kubków smakowych, gustu, preferencji, poziomu cukru we krwi, budżetu, który akurat mamy na koncie oraz nastroju danego dnia. I cała ta mieszanka biologii, emocji i życiowego kontekstu ląduje w jednej liczbie: 3 gwiazdki. Najciekawsze jest to, że później traktujemy tę średnią, jak obiektywną diagnozę jakości.
Do tego dochodzi mały detal: opinia rzadko jest tylko relacją z doświadczenia. To też mini‑występ przed publicznością. Próbujemy być zabawni, złośliwi, dowcipni albo moralnie oburzeni, bo wiemy, że ktoś to przeczyta. Oceniamy knajpę ale jednocześnie gramy swoją rolę w teatrze internetowego ego.
Średnia jako religia
To jest najbardziej elegancki absurd całego systemu, taki, który nie rzuca się w oczy od razu, tylko ujawnia się dopiero wtedy, gdy zestawisz ze sobą dwie sprzeczne idee, w które wierzymy jednocześnie i żadna z nich nie widzi problemu.
Z jednej strony żyjemy w świecie, w którym każdy ma być unikalny, autentyczny, sobą, mieć własny gust, własne zdanie, własną drogę. Z drugiej strony decyzje podejmujemy na podstawie.. uśrednionego gustu tłumu. Czyli w praktyce wygląda to tak, że deklarujemy indywidualizm, a kupujemy według średniej.
Bo co oznacza w praktyce system oparty na średniej?
Oznacza to, że restauracja, która nie próbuje wszystkich zadowolić, z definicji będzie miała trudniej, nawet jeśli jest fenomenalna w tym, co robi. Jeśli jest bardzo pikantna, bardzo dziwna, bardzo droga albo bardzo minimalistyczna - będzie zbierała skrajne opinie, bo część ludzi wyjdzie zachwycona i napisze o odwadze szefa kuchni, a część wyjdzie wściekła, bo nie tak wyobrażała sobie kolację za te pieniądze. Wynik? Średnia 3,8 - coś tu śmierdzi.
Tymczasem lokal z jedzeniem przy galerii, który karmi tłum za 12,90, będzie miał setki opinii, w tym połowę od ludzi, którzy ocenili na 5 gwiazdek, bo szybko podali i było ciepłe. Lokal gdzie w menu obok pizzy jest sushi, obok sushi burger, a obok burgera flaki, będzie miał bardzo ładne 4,5. Nie dlatego, że jest wybitny. Dlatego, że jest wystarczająco przewidywalny, żeby nikogo szczególnie nie zirytować. Bo żeby mieć wysoką średnią, nie trzeba zachwycać. Wystarczy nie wkurzać.
System ocen nie szuka więc najlepszych miejsc. On szuka miejsc, które najmniej ludzi doprowadzą do napisania jedynki. Wiesz, że każda skrajność obniża średnią, to naturalnym odruchem staje się wygładzanie wszystkiego: smaku, wystroju, komunikacji, ceny, nawet charakteru. Lepiej być trochę dobrym dla wszystkich, niż bardzo dobrym dla wybranych, bo bardzo zawsze oznacza, że ktoś poczuje się pominięty.
System ocen rzeczywiście działa perfekcyjnie. Tylko że jego perfekcja polega na promowaniu średniości. Nie tej obraźliwej, tylko tej bezpiecznej, neutralnej i opłacalnej. Średnia jako mechanizm wyboru, z definicji nie jest w stanie wyłapać rzeczy wybitnych - bo wybitność zawsze będzie dla kogoś przesadą. Statystycznie restauracja z oceną 4,5 częściej da Ci mniej rozczarowań niż ta z 3,2 ale cena za tę bezpieczność jest taka, że filtrujemy świat przez gust uśredniony, a nie przez własny.
Przypadkowość, która znika
Kiedyś, żeby znaleźć dobrą knajpę, robiłeś coś bardzo prymitywnego, jak na dzisiejsze standardy efektywności: szedłeś ulicą, patrzyłeś na witrynę, zaglądałeś do środka, oceniałeś zapach i coś w tobie mówiło: "dobra wchodzę / eee nie wchodzę". To była metoda oparta na czymś, co dziś brzmi nieprofesjonalnie: intuicji. Nie było recenzji, nie było średniej z trzystu siedemdziesięciu czterech opinii, z których połowa została napisana w afekcie. To była czysta przypadkowość + Twój własny nos.
I jasne - czasem trafiałeś słabo ale czasem trafiałeś miejsce, którego dziś nie poleciłby Ci żaden ranking, a jednak miało w sobie coś, czego nie da się zmierzyć gwiazdką.
Dziś proces wygląda bardziej higienicznie:
- odpalasz mapę;
- wpisujesz nazwę miasta;
- ustawiasz filtr: 4,5 gwiazdki i więcej.
Wszystko poniżej znika z radaru jakby przestało istnieć, jakby 4,4 było odpowiednikiem sanitarnej katastrofy. I w tym jednym geście, ustawieniu filtra, dokonuje się coś znacznie większego niż selekcja restauracji. Dokonuje się selekcja doświadczeń. Oznacza to, że całe mnóstwo fajnych, nowych, dziwnych miejsc nigdy nawet nie ma szansy się do Ciebie przebić, bo nie są jeszcze uwiarygodnione przez tłum, nie zebrały odpowiedniej liczby cyfrowych pieczątek, nie zostały zatwierdzone przez zbiorową niepewność innych ludzi.
Nowa knajpa z genialnym szefem kuchni? Za mało opinii.
Małe miejsce prowadzone przez pasjonata, który gotuje świetnie, ale nie prosi klientów o wystawienie recenzji? Za mało opinii.
Zaczynamy się bać eksperymentować.
Brak opinii przestaje być neutralną informacją, a zaczyna być ostrzeżeniem. Jak pójść do miejsca bez recenzji? Jak podjąć decyzję bez wsparcia tłumu, który już był, sprawdził, przeżył i wydał werdykt? Opinie powoli odzwyczajają nas od ryzyka. A przecież najlepsze historie bardzo rzadko zaczynają się od zdania: "Witam, wybrałem najwyżej ocenianą opcję w promieniu dwóch kilometrów od mego miejsca zamieszkania i nie żałuję”.
Zaczynają się raczej od: "weszliśmy tam zupełnie przypadkiem...".
No tak.. ale to znaczy, że mamy przestać patrzeć na gwiazdki? No, niekoniecznie. Wystarczy traktować je jak wskazówkę. Zamiast ślepo ufać średniej, warto przeczytać kilka skrajnych opinii. Czasem 1★ oznacza "nie mieli wege", a ty akurat marzysz o steku, więc nagle ten straszny lokal z niską średnią staje się twoją restauracją roku.
Cześć!
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz