Wspólny mianownik jest prosty: współczesna gra coraz rzadziej chce, żebyś ją ukończył. Ona chce, żebyś do niej wracał. Pisałem już kiedyś o grach i mechanizmach uzależniających. O tym, jak łatwo pomylić zabawę z nawykiem i satysfakcję z ciągłym poczuciem niedokończonego zadania. Ostatnio wróciłem do Diablo 4. Kupiłem dodatek, pograłem kilka dni i.. odpuściłem. Co ciekawe, nie dlatego, że gra była trudna. Nie dlatego, że była brzydka. Nie dlatego, że nie miałem czasu. Po prostu po raz kolejny zobaczyłem mechanizm, który od kilku lat rozlewa się po całej branży jak plaga. Diablo 4 jest tutaj tylko przykładem. Bardzo drogim, bardzo głośnym i bardzo widocznym. Są gry, które - przynajmniej do pewnego momentu - nagradzają czas. Potrafią z cyferek, animacji i efektów specjalnych zbudować w głowie gracza poczucie, że każda godzina jednak coś znaczy. Że postać rośnie. Że świat się otwiera. Że wysiłek zostawia po sobie jakiś ślad. I są też gry współczesne. Takie, które pod po...