Człowiek przestaje mówić było świetnie albo było fatalnie i zaczyna mówić było różnie, ale pewne chwile były naprawdę piękne.
Mam czasem takie chwile, że bardziej niż w przyszłość, patrzę w bok - w jakąś szczelinę w czasie, przez którą na chwilę zaglądam do dawnych lat. W ciągu dnia albo wieczorem potrafi mnie nagle złapać wspomnienie tak gęste, że dosłownie czuję, jakbym na kilka sekund się tam przeniósł. Nie tylko obraz, ale też światło, zapach i spokój, którego dzisiaj trochę mi brakuje.

Lata 90. Widzę swój pokój, ładnie oświetlony przez wpadające smugi letniego słońca. Ciepło dnia rozlewa się po ścianach, kurz tańczy w powietrzu, a ja siedzę gdzieś między łóżkiem a telewizorem, w świecie, w którym największym problemem jest to, czy dziś zagram jeszcze jedną planszę, czy już wyjść na podwórko. Za chwilę scena się zmienia: zeskakuję po schodach, wybiegam na dwór, ktoś krzyczy, że gramy, ktoś się huśta na huśtawce, ktoś zbiega ze ślizgawki (pamiętam nawet ten odgłos), ktoś inny ma nowy pomysł na zabawę. Prawie czuję zapach tamtego miejsca - mieszanka piaskownicy zlanej słońcem, trawy, klatki schodowej i jakiegoś obiadu, który ktoś gotuje gdzieś wyżej.
A potem to uczucie, jak małe szczęście: wolny dzień, Pegasus i Super Mario Bros 3. Przechodzę planszę. Mario skacze tam, gdzie mu każę, muzyczka przygrywa z telewizora, a ja wstaję, podchodzę do drzwi balkonowych i nagle widzę przez szybę piękny czerwcowy dzień. Ludzie idą spokojnie po chodniku, ktoś niesie torbę z zakupami, ktoś prowadzi dziecko za rękę, a pomiędzy tym wszystkim zielone drzewa filtrują światło tak, że świat wygląda jak z jakiejś pocztówki. I to uczucie w środku: spełnienie i spokój. Zrobiłem swoje - jedna runda w Mario za mną - teraz mogę po prostu patrzeć, jak płynie ten dzień.
W moim życiu jest więcej takich momentów. Wiem, że jak tylko sięgnę pamięcią w tamte rejony, to przypomną mi się kolejne: jakieś lato u babci, zabawy na podwórku, smak chleba z masłem. Stół w kuchni, rozmowy dorosłych, w których rozumiałem tylko połowę słów, ale całość była.. ciepła. W każdym z tych kadrów są te same składniki: bezpieczeństwo i spokój. Plus kilka twarzy dorosłych, które w mojej pamięci są po prostu dobre - jak babcia czy dziadek.
Tak. To już nie wróci. Nie będzie drugiego dzieciństwa, drugiego pierwszego Pegasusa, drugiego podwórka z tamtymi ludźmi. Ale cieszy mnie, że mogę do tego wracać choć na chwilę - jakby ktoś dał mi prawo do drzemki w dawnej rzeczywistości. Heh..
Moja córka, kiedy słucha moich odpowiedzi na pytanie: "tato, a w twoich czasach..", ma w oczach dokładnie ten sam błysk, który ja miałem, kiedy pytałem ojca w identyczny sposób. I tak samo jak wtedy jego opowieści o własnym dzieciństwie wydawały mi się z epoki czarno‑białej telewizji i kolejek po ocet, tak teraz moje historie o Pegausie, podwórku, kasetach VHS i czasach bez internetu, brzmią dla niej trochę jak opowieść o antycznych Rzymianach. Mogę mówić: "córcia, to było tak niedawno", ale to nic nie zmieni. Dla niej to i tak są stare czasy, tak samo jak dla mnie czasy ojca, były czymś pomiędzy PRL‑em a mitem założycielskim.
Jest jeszcze jeden element tych wspomnień: dźwięk. Ten charakterystyczny pogłos gitary elektrycznej z lat 90, który wtedy był wszędzie - w reklamach, serialach, w czołówkach programów, w radiu lecącym z kuchni, na składankach nagrywanych z radia na kasetę. Czasem odpalam YouTube i nagle, po dwóch pierwszych akordach, jestem dokładnie tam. W pokoju, gdzie słońce wpada przez firanki..
Świat kręci się, dni mijają, lata lecą. Czasem patrzę na młodych i młodszych i myślę: ale im fajnie, tyle przed nimi, jeszcze mogą robić to, co chcą, nie interesując się tym, że co miesiąc trzeba opłacić prąd za TV czy internet, że ubrania same się nie piorą, a lodówka sama się nie zapełnia. Zwykłe rzeczy, o których kiedyś nawet nie myślałem - ktoś po prostu ogarniał tło, a ja mogłem się bawić, grać, czytać i wychodzić na dwór.
Teraz? Niby jestem w wygodnej pozycji jako ten dorosły, przynajmniej teoretycznie: niby mogę sobie pozwolić (no, prawie) na to, na co mam ochotę - jakichś wygórowanych próśb od życia nie mam - ale to już nie jest to samo. Staram się odnaleźć swoją nową "odskocznię", bo nie chce mi się udowadniać sobie za każdym razem, że znowu muszę się czymś zająć bo tak, bo inaczej mam wrażenie, że stoję w miejscu. Trochę jakbym próbował gonić tamte uczucia za pomocą nowych projektów, gadżetów i zadań, a one i tak się nie dają złapać w ten sposób. To nie to.
Może w końcu znajdę swoją odskocznię. Chciałbym znowu usiąść do Mario, ale nie po to, żeby "odhaczyć" grę z dzieciństwa, tylko żeby naprawdę poczuć ten sam stan: kończę planszę, odkładam pada, podchodzę do okna i znowu widzę między drzewami ludzi idących po chodniku w piękny czerwcowy dzień i mieć tę prostą myśl w głowie: "wszystko jest na swoim miejscu, niczego mi nie brakuje, mogę po prostu tu być".
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz