Maszyneria mediów społecznościowych działa na prostym paliwie: próżności, ciekawości i strachu.
Nie chodzi tylko o wieczorne scrollowanie pod kołdrą, kiedy miałeś tylko
sprawdzić jedną wiadomość, a pół godziny później wiesz już, jak wygląda
poród żyrafy. Ten sam mechanizm uruchamia się wszędzie: w windzie, w
autobusie, w kolejce, a nawet w kiblu. Dziś bezczynność należy natychmiast
naprawić, najlepiej dawką pionowych filmików podawanych dożylnie przez
ekran. Tymczasem naukowcy zaczęli przyglądać się temu, co zostaje po takiej
niekończącej się cyfrowej transfuzji. I żadna to nowość - jest źle.
Zgnilizna mózgu.
"Brain rot" (zgnilizna mózgu) od dawna funkcjonuje w internetowym
slangu jako określenie stanu, w którym znajdujesz się po dłuższym kontakcie
z treściami niskiej jakości. Niedawno, w maju 2026 roku, naukowcy z
tureckiego Uniwersytetu w Karabük nadali temu potocznemu określeniu
naukowy wymiar: odkryli związek między zgnilizną mózgu, wypaleniem zawodowym i
depresją.
Ciekawszy jest jednak nie sam fakt, że takie treści mogą nam szkodzić - to
wielu z nas już wiedziało lub się domyślało - ale kolejność, w jakiej
kumulują się negatywne skutki. Poszczególne elementy mogą układać się w
mechanizm, który stopniowo odbiera nam energię, koncentrację i przyjemność z
rzeczy, które jeszcze niedawno były zupełnie normalną częścią życia. Jak
kaskada: człowiek doświadcza wyczerpania związanego z cyfrowym przeciążeniem
(tzw. digital overload), stres i lęk nasilają wypalenie, a te
problemy mogą prowadzić do objawów depresyjnych.
Taka kaskada może rozwijać się szybko, a jej etapy mogą się wzajemnie
napędzać. Według niektórych badań
ryzyko wystąpienia depresji wzrasta o 13-15% z każdą dodatkową godziną
codziennego korzystania z mediów społecznościowych. Próg krytyczny? Trzy godziny dziennie (tu
publikacja). U osób, które przewijają taśmę dłużej, ryzyko wystąpienia
poważnych problemów ze zdrowiem psychicznym może być nawet dwukrotnie
wyższe. Jednocześnie ponad połowa młodych ludzi spędza w mediach
społecznościowych co najmniej pięć godzin dziennie, a co czwarta osoba -
uwaga - co najmniej siedem!
Doom Scrolling.
Czyli pochłanianie złych wiadomości w ilościach hurtowych, z poczuciem, że
jeśli na dłuższą chwilę odłożysz telefon, coś ważnego Cię ominie. W 2024
roku naukowcy z Texas Tech University
przyjrzeli się
temu zjawisku. Problemy ze zdrowiem psychicznym zgłaszało 74% osób
obsesyjnie śledzących negatywne informacje. Wśród tych, którzy
konsumowali wiadomości bardziej umiarkowanie, odsetek ten wynosił zaledwie
8%. Do tego 61% osób z pierwszej grupy skarżyło się na dolegliwości
fizyczne, takie jak zmęczenie, bóle czy problemy żołądkowo-jelitowe. Czyli
człowiek siedzi sobie spokojnie na kanapie, a jego organizm? Czuje się tak,
jakby właśnie wrócił z wyprawy.
Telefon sam w sobie nie wywołuje wszystkich tych problemów, bo na nasze
samopoczucie wpływa znacznie więcej czynników. Jest w tym jednak jakiś
absurd: potrafimy godzinami serwować sobie kolejne porcje katastrof, a potem
dziwimy się, że jesteśmy spięci i zmęczeni. Mózg dostaje alarm za alarmem,
ciało pozostaje w napięciu, a my przewijamy dalej, bo przecież trzeba
wiedzieć, co się dzieje. Jakby od przeczytania kolejnej wiadomości miało
zależeć, czy świat przetrwa do jutra.
A po co nam ta wiedza w takich ilościach? Żeby przeżywać każdą tragedię, na
którą nie mamy wpływu, martwić się każdym kryzysem, którego nie rozwiążemy,
i nieustannie aktualizować własny niepokój?
(pisałem o tym tutaj:
Bycie na czasie..
)
Zwłaszcza że ten ciężar potrafi zniknąć w jednej chwili, bo kilka filmików
dalej pojawia się nagranie z pieskiem. I tak oto w ciągu pięciu minut
przechodzimy od końca świata do rozczulania się nad zwierzaczkiem, po czym
wracamy do wiadomości, żeby sprawdzić, czy koniec świata nadal obowiązuje.
Jeśli tak wygląda bycie na bieżąco, to chyba ktoś pomylił świadome
uczestnictwo w rzeczywistości z całodobowym dyżurem w centrum kryzysowym. I
to za darmo!
Mózg nie wyrabia?
Głębszych wyjaśnień można szukać też w teorii obciążenia poznawczego. Nasza
pamięć robocza ma ograniczoną pojemność, a przetwarzanie informacji wymaga
odpowiednich zasobów uwagi. Kiedy bez przerwy przeskakujesz między tematami,
kontekstami i emocjami, utrudniasz sobie spokojne przetwarzanie tego, co
właśnie zobaczyłeś. Jeden bodziec ledwo zdąży się pojawić, a już wypychasz
go kolejnym, nie zostawiając sobie ani chwili na refleksję, nie mówiąc już o
zapamiętaniu czy zrozumieniu treści. A do tego dochodzą jeszcze wszechobecne
powiadomienia, że ktoś coś napisał, oznaczył, dodał, napij się wody,
pozostało 1200 kroków, itd.
No to teraz spróbuj przypomnieć sobie dziesięć ostatnich filmików, które
obejrzałeś. Nie tych, które zapisałeś, żeby pochwalić się nimi znajomym,
tylko przypadkowych, które przeleciały przez ekran. Ile z nich potrafisz
odtworzyć z pamięci? Ile pamiętasz na tyle dobrze, żeby opowiedzieć komuś, o
co w nich chodziło? Jeden na dziesięć? Jeden na dwadzieścia? A teraz pomyśl,
ile czasu poświęciłeś na ich obejrzenie. Jeśli po kilkudziesięciu minutach
zostaje ci w głowie jedynie mgliste wrażenie, że
"no, coś tam oglądałem", to może wcale nie oznaczaać, że masz kiepską
pamięć, tylko, że przez cały ten czas Twoja uwaga pracowała w trybie taśmy
produkcyjnej.
Bo w jednej chwili oglądasz poruszającą historię chorego dziecka, za moment
coś śmiesznego, potem filmik z pieskiem, a następnie selfie z pociągiem w
tle, na którym widać, jak pociąg potrąca selfiarza. Wszystko w ciągu minuty
i bez czasu na uporządkowanie własnych reakcji. W takich warunkach łatwo
poczuć emocjonalną obojętność - i rzeczywiście może do niej dochodzić.
Nie oznacza to jednak, że po obejrzeniu określonej liczby filmików mózg
automatycznie przełącza się w tryb zgnilizny. Mechanizmów jest więcej, a
reakcje bywają różne. Znaczenie mają także sen, stres, indywidualna
podatność i ogólny stan zdrowia. Warto jednak pamiętać, że długotrwałe
przeciążenie mózgu może współwystępować z problemami z koncentracją,
zaburzeniami snu, spadkiem motywacji i utratą zainteresowania rzeczami,
które wcześniej sprawiały Ci przyjemność. Jeśli takie objawy się utrzymują,
warto zadać sobie pytanie, czy Twój sposób odpoczywania rzeczywiście pozwala
Ci odpocząć. I czy odpoczywanie z ryjem w telefonie to aby na pewno
"odpoczynek"?
Aplikacje to biznes.
Nie można pominąć architektury samych aplikacji - już o tym
pisałem. To właśnie ona sprawia, że tak łatwo pomylić własną decyzję z realizacją
cudzego projektu biznesowego. Nieskończone przewijanie, automatyczne
odtwarzanie filmów, wzmacnianie treści z ostatnich wyszukiwań i rekomendacje
dopasowujące treści do naszych reakcji nie są przypadkowe. Ich zadaniem jest
ułatwianie korzystania z platformy i utrzymanie naszej uwagi, a w wielu
modelach biznesowych dłuższa obecność na ekranie ma wymierną wartość.
Po jednej stronie siedzisz Ty i chcesz tylko sprawdzić pogodę, a po drugiej
działa system, którego skuteczność mierzy się tym, czy zostaniesz jeszcze
pięć minut dłużej. Ty chcesz odpocząć, a algorytm chce utrzymać Twoją uwagę.
I robi to tak długo, aż orientujesz się, że właśnie obejrzałeś serię
filmików o remontach, chociaż nie masz pieniędzy na remont i nawet nie
lubisz remontów.
I nie piszę tego jako ktoś, kto tylko zwraca Ci na to uwagę. Ja też swego
czasu wpadłem w ciąg wielu filmików, choćby robieniu lamp z drewna.
Obejrzałem ich kilkadziesiąt i choć wydawało się to proste, nigdy nawet nie
spróbowałem zrobić własnej lampy. Lampy nie ma, ale dwie godziny stracone na
oglądanie, jak robi się lampy - już tak.
Tak, wiem, możesz odpowiedzieć, że przecież ludzie nie reagują identycznie.
Cyfrowego przeciążenia nie da się opisać jednym prostym schematem. Nie ma
sensu ani demonizować każdej aplikacji, ani wmawiać wszystkim, że skoro ktoś
inny potrafi przewijać przez trzy godziny i czuje się świetnie, to każdy
powinien reagować tak samo. Tylko czy aby na pewno zauważasz, kiedy zamiast
odpoczywać, dajesz się dymać algorytmowi, który ma wywalone na to, czy
cokolwiek z tego wyniesiesz - bylebyś przewijał dalej?
Czy da się wyjść z pętli, nie wyrzucając routera?
Da! Z własnego doświadczenia wiem (pisałem o tym
tutaj), że nie trzeba wyjeżdżać do lasu i zamieszczać postów, że kończy się z
Instagramem i TikTokiem. Wystarczy świadomie ograniczyć bezcelowe
korzystanie z aplikacji, wyłączyć automatyczne odtwarzanie i zbędne
powiadomienia - to się modnie nazywa cyfrowym minimalizmem. Można też
ustalić konkretne pory sprawdzania wiadomości i - co ważne - nie sięgać po
telefon przy każdej przerwie.
Ja ograniczyłem korzystanie z telefonu, gdy już od jakiegoś czasu chodziłem
na siłownię. Miałem o tyle łatwiej, że szybciej podejmowałem wtedy decyzję:
dzisiaj idę na trening. Dzięki temu nie traciłem czasu na kolejne porcje
bieżących wiadomości. Ogólnie wiele badań sugeruje, że już trzydzieści minut
aktywności fizycznej może korzystnie wpływać na samopoczucie psychiczne.
Problemy nie ustawią się wprawdzie grzecznie w kolejce do wyjścia, ale
przynajmniej można dać im chwilę wytchnienia.
No i żeby nie było: nie musisz każdej minuty życia zamieniać w jakiś projekt
optymalizacyjny. Nie musisz biegać, medytować, czytać klasyków i
przygotowywać domowego zakwasu w każdej wolnej chwili, bo wtedy odpoczynek
stanie się kolejnym zadaniem na liście. W moim przypadku wystarczyło po
prostu posiedzieć, pójść na spacer, wyskoczyć do sklepu, porozmawiać z kimś
albo się ponudzić. Nuda, wiesz? To taki stan, którego najwyraźniej
oduczyliśmy się tolerować. Po ograniczeniu powiadimień, w krótkim czasie, da
się odczuć zrzucenie balastu psychicznego. Polecam i zachęcam.
Warto też przyjrzeć się temu, kiedy najczęściej uciekasz w telefon.
Zastanowić się, po co to robisz. Czy sięgasz po niego ze zmęczenia, z nudów,
czy może z jakiegoś innego powodu?
Powinieneś w końcu zauważyć, jak do tej pory marnowałeś czas.
Cześć!
Płacę za czytanie mojego bloga.
Dowiedz się więcej.
RELAX4000
VERIFIED
Ścieżka od przewijania do depresji.
opublikowano: 19 października 2026
HASH
zweryfikowany w blockchain
SPRAWDŹ ZAPIS →
Komentarze
Prześlij komentarz