"W tym artykule podsumowuję prawie rok życia bez mediów społecznościowych, powiadomień i ciągłego korzystania z telefonu. Opisuję, jak cyfrowy minimalizm poprawił moją koncentrację, spokój i podejście do codziennych obowiązków, ale jednocześnie ujawnił problem ciągłej potrzeby zajmowania czymś wolnego czasu. Z czasem zauważyłem, że nie każda aktywność musi mieć konkretny cel, sens czy przynosić efekty."
Prawie rok bez social mediów - co się zmieniło?
Cześć. Mija prawie rok od założenia tego bloga i mojego oficjalnego przejścia na emeryturę z internetu. No dobra, może nie całkiem ale powiedziałbym, że zostałem takim trochę dziadem w internecie. Od prawie roku nie mam właściwie żadnych profili na portalach społecznościowych i aplikacjach typu LinkedIn, pozbyłem się nawet tych wszystkich trywialnych rzeczy, czyli powiadomień w telefonie, zegarku i innych urządzeniach, które informowały mnie o tym, że ktoś właśnie coś polubił, odpisał albo że aplikacja bardzo chciałaby, żebym do niej wrócił.
Myślę, że czas na jakieś podsumowanie, bo wszyscy piszą o detoksie po tygodniu. A ja mam logi po prawie roku (tak zaczynałem). Nie będzie historii o cudownym trzydziestodniowym detoksie, po którym nagle zaczynasz czytać Dostojewskiego przy świecy i hodować własne pomidory. Wg. mnie to raczej zamiana jednego sposobu wypełniania głowy innym, a po drodze zaczynasz zauważać, że problemem wcale nie był sam telefon.

Sprawdzam na sobie wersję długoterminową.
I początek był, nie będę kłamał, zajebiście dobry. Serio. Efekt jest taki, jakby ktoś zdjął Ci z pleców plecak z cegłami. Nic nie pika. Nic nie świeci. Nic nie wibruje. W pracy szybko zobaczyłem różnicę. Skoro nic nie próbuje co pięć minut wyrwać mnie z tego, co właśnie robię, to można skończyć jedną rzecz, zanim zacznie się kolejną. Niby oczywiste, a jednak przez lata nauczyłem się pracować w trybie człowieka, który jednocześnie z kimś rozmawia, odpowiada na wiadomość, sprawdza maila, zerka na powiadomienie, na komunikat na zegarku, że jeszcze 1000 kroków do pobicia rekordu a później próbuje sobie przypomnieć, co.. co ja miałem sobie przypomnieć?!
Kiedy zniknęły powiadomienia sprzętowe, zacząłem też inaczej patrzeć na słynne NA JUŻ, stosując podejście minimalisty czyli: "Spokojnie, poczekaj, a może tak krok po kroku, a nie wszystko na raz?". I tutaj cyfrowy minimalizm faktycznie zrobił robotę 😎. Człowiek zaczyna spokojniej podchodzić do rzeczy, które wcześniej miały rangę pożaru w serwerowni, a po pięciu minutach okazuje się, że można odpowiedzieć na nie po obiedzie.
W domu jest już trochę inaczej.
Nie chodzi mi oczywiście o żonę. Żona jest niewinna 😂. Chodzi o to, że mózg przez lata nauczył się żeby wypełnić każdą wolną chwilę.. czymś:
Czekasz na zagotowanie wody, telefon.
Siedzisz na klopie, telefon.
Kładziesz się spać, telefon.
Nudzisz się - telefon.
A ja mu to zabrałem z dnia na dzień. I została taka czysta, zarąbista.. pustka.
Na początku pustka była nawet przyjemna. Wreszcie miałem czas na rzeczy, na które ciągle mi go brakowało. Zacząłem czytać książki, grzebać przy blogu, coś poprawiać, coś usuwać, coś dodawać. Zacząłem nawet kolekcjonować stare gry. Nie grać. Kolekcjonować, bo oczywiście samo posiadanie gier nie wystarczyło 😅.
I oczywiście musiałem do tego napisać bazę. Zdjęcia, numery, opisy, stan pudełka. Taki mój własny system inventory. Normalny człowiek kupuje grę i ją odpala. Ja kupuję grę i tworzę system zarządzania grami. Pamiętam, siedziałem nad tym kilka dni, po kilkadziesiąt minut, dłubałem, sprawdzałem, zrobiłem i byłem przeszczęśliwy. A potem skończyłem i w środku znowu to samo: "no zrób coś!"
No więc robiłem.
I tak powstała większość wpisów o Pythonie i bibliotece bsv. To nie była zajawka. To był głód. Głód robienia czegokolwiek, testowania, udowadniania sobie, że dam radę, że nikt tego nie ruszał, to ja to ruszę. Napiszę, przetestuję, pokażę. Mózg domagał się questów. A ja mu je dawałem.
Etap powrotu do korzeni.
Jak już skończyłem co miałem zrobić, to przyszedł etap powrotu do korzeni. No bo skoro mam czas, to trzeba z czasu korzystać. Może stara gra? Zainstalowałem GTA2. Odpaliłem. Nie działa. Zainstalowałem spolszczenie, odszukałem audio w internecie, znalazłem plik pozwalający mi grać na Win 11. Dwie godziny pograłem i nuda. Tak w ogóle zauważyłem, że ja jako dziecko nie wykonałem tylu questów, co przez 2 godziny grania teraz jako dorosły. Może muzyka? Dłubałem trzy dni w starych samplach. Nie ma hitu, nic nie wyszło. Nuda, po co. Może stary film? Szkoda czasu, oglądałem.
No zajebiście.. Wgrałem sobie do mózgu nowy firewall. Zanim cokolwiek zrobię, najpierw przepuszcza to przez jedną komendę: Po co? Jaki to ma sens? Co mi to daje? Kiedyś takim filtrem wywalałem aplikacje. FB daje coś? Nie. Do kosza. Instagram? Po co? Do kosza. Teraz ten sam filtr wywala zajęcia, które kiedyś kochałem.
I to jest najbardziej wku..rzające. Mam 40 na karku, patrzę na swoje ukochane kiedyś zajęcia i odpalam do nich code review, którego nic nie przechodzi. Ten filtr jest bezlitosny. Patrzę na to wszystko i myślę: no dobra, większość rzeczy już mam, które chciałem mieć, część rzeczy już zrobiłem, część mnie kompletnie nie interesuje, a teraz co?
I to jest chyba dziwniejsze, niż sam brak social mediów.
Wcześniej każdą taką pustkę można było bardzo łatwo przykryć. Nie wiem, co ze sobą zrobić? Scroll. Nudzę się? Scroll. Mam wolne dziesięć minut? Scroll. Nie mam ochoty myśleć o tym, co dalej? Tym lepiej, bo właśnie pojawił się filmik, na którym ktoś przez czterdzieści sekund pokazuje, jak kroić cebulę. Teraz nie ma czym tego przykryć. Myślę sobie też, że może ja nie potrzebuję tak naprawdę kolejnego hobby, kolejnego narzędzia i kolejnej rzeczy do nauczenia się tylko dlatego, że można jej się nauczyć.. Może tylko przyzwyczaiłem się przez te lata, że coś ciągle musi się dziać? A może to kompilacja tego wszystkiego + dalej synu, dalej! Nie mam pojęcia..
Ostatnio jedyne, co przechodzi ten filtr bez pytania o sens, to wyjście z domu i rower. Tam *nie ma celu. Nie trzeba nic udowadniać. Koła się kręcą i tyle.
*Tak w ogóle miałem już prawie kończyć ten tekst ale jak napisałem "NIE MA CELU" to aż mnie olśniło.
Nie wszystko musi mieć cel.
Napisałem wcześniej, że: "zauważyłem, że ja jako dziecko nie wykonałem tylu questów, co przez 2 godziny grania teraz jako dorosły". I tu jest sedno mojego problemu..
Nauczyłem się traktować czas jak zadanie do wykonania.
W grze quest → wykonuję → nagroda → kolejny quest.
W internecie rolka → obejrzana → następna.
W pracy zadanie → wykonane → następne.
W aplikacji powiadomienie → sprawdzone → następne.
I potem wychodzę na rower i.. nie ma questa. No wiem, doszedłem już do momentu, w którym teoretycznie powinienem napisać coś mądrego w stylu: "odnalazłem odpowiedź, wystarczy nauczyć się czerpać przyjemność z samego robienia dla robienia". Tylko, że wiedzieć to jedno, a umieć tak żyć to drugie. Tego nie nauczył mnie cyfrowy minimalizm.
Wiem jak wyłączyć powiadomienia, odciąć część internetu i przestać się fascynować przypadkowymi informacjami, ale nie nauczył mnie, że czasami można po prostu niczego z tego czasu nie mieć. Teraz muszę się nauczyć tylko jednej ale jak dla mnie trudnej rzeczy: jak świadomie marnować czas.
Albo jak przypomnieć sobie to bieganie bez celu w GTA 2 i strzelanie z bazooki do wszystkiego na ekranie, aż przyjedzie czołg.
Cześć!
**Gwarantuję Ci niezmienność moich treści**
Hash artykułu:
ID transakcji: sprawdź OP_RETURN [tag Relax4000] i porównaj jego hash
Komentarze
Prześlij komentarz