No cześć. Bardzo dawno pisałem tutaj o retro graniu i o graniu w ogóle (ostatnio był Counter-Strike), ale znowu mnie naszło, żeby pogrzebać trochę w pamięci. A mam w pamięci zupełnie przypadkową pozycję, która potrafiła ustawić mi na lata kierunek, jakie gry będę wybierał i czego będę w nich szukał.
Ustawianie kierunku w co grać.
Chyba nie wspominałem (a może i wspominałem). Moja historia z grami zaczęła się bardzo wcześnie, nawet jak na dzisiejsze standardy, bo gdzieś w drugiej klasie podstawówki, czyli na początku lat 90. I co najważniejsze - ja się o to wcale nie prosiłem! 😁
Jako dziecko nie miałem pojęcia, czym właściwie jest komputer, do czego służy i dlaczego dorosłym tak bardzo zależy na tym, żeby go mieć. Pamiętam tylko jak przez mgłę podróż pociągiem i pudło leżące w schowku nad głowami w przedziale. Na pudle było napisane Commodore 64, a ja oczywiście nie wiedziałem, co to znaczy, ale byłem z siebie cholernie dumny, bo ludzie w przedziale pytali ojca, co tam wiezie, a on odpowiadał:
- Komputer.
No i.. miałem komputer. Nie wiedziałem jeszcze, co można na nim zrobić, ale już wtedy wiedziałem, że mam coś ważnego, bo inni pytają co to takiego. 😎
Ale dobra, dość archeologii.
Przenieśmy się kilka lat dalej, do 1998 roku. Miałem już wtedy PlayStation i byłem może pierwszą jak nie drugą osobą na 5 blokowym osiedlu, która ma konsolę. Jakim cudem? I don't know. Rodzice nie szastali kasą bo nie było czym, ale może dobrze ją ciułali nie wydając na byle co by raz na jakiś czas sprawić swoim dzieciom taką przyjemność .
Po jakimś czasie, gdy kilka osób też miało już konsolę, zrobiłem na swoim osiedlu chyba jeden z najlepszych interesów w historii mojego grania: zamieniłem trzy gry na jedną. Deal życia, co nie? Chodziło o zamianę trzech płyt CD na trzy płyty CD (FF VII jest na 3 CD), a dzięki temu zostałem posiadaczem Final Fantasy VII.
Zamiana taka, że brałem tytuł którego kompletnie nie znałem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że właśnie kupiłem sobie nie tyle grę, co bilet w jedną stronę do gatunku, którego później będę szukał przez kolejne lata.
Final Fantasy VII było dla mnie czymś zupełnie innym niż gry, które znałem wcześniej. Nie chodziło tylko o walkę, bieganie, przerywniki video, zdobywanie kolejnego poziomu czy przejście następnego etapu. Ta gra miała tempo i momenty, w których człowiek po prostu siedział i patrzył. Miała muzykę, która potrafiła zrobić połowę roboty za scenariusz, miała postacie, które przestawały być tylko kolejnymi ludzikami na ekranie, a przede wszystkim miała historię, która sprawiała, że chciało się jak najszybciej wrócić ze szkoły, rzucić plecakiem w kąt i wiedzieć, co będzie dalej.
Wtedy polubiłem jRPG-i.
Lata 90 były pod tym względem ciekawym okresem, bo jeżeli jako dziecko dostałeś jakąś grę, a nie było pieniędzy na kolejne piętnaście tytułów, to bardzo często po prostu siedziałeś z tą jedną i ją katowałeś. Jeden dostał Need for Speeda, a później tylko doinstalowywał kolejne części i resztę wyścigówek. Drugi dostał Diablo i właściwie nie musiał już nigdzie wychodzić, bo dostał cały etat w piwnicy. Inny dostał Tekkena i przez pół dzieciństwa tłukł innych po mordach na ekranie.
Każdy miał swoją "tę grę".
U mnie tą grą został Final Fantasy VII.
To był pewien sposób spędzania czasu. Były momenty pełne akcji, jak wysadzanie reaktora Mako, a później nagle tempo zwalniało, człowiek lądował w pociągu i zamiast kolejnej eksplozji miał chwilę na rozmowy przy szumie sunących po torach wagonów. Potem znowu budowanie napięcia, przygotowywanie się do kolejnej akcji, oglądanie w telewizji informacji o skutkach własnych działań i wreszcie kolejna próba, która niekoniecznie kończyła się tak, jak człowiek sobie zaplanował.
A potem kościół i Aerith.
I dalej już nic nie mówię, bo może ktoś jednak skusi się na Final Fantasy VII 😊
Na PSX grę przeszedłem praktycznie całą. Kilka lat później, kupiłem wersję PC (4 płyty - 1 CD instalacyjny) i przeszedłem ją ponownie, tym razem już na jakieś 99%. Brakowało mi chyba jednej czy dwóch rzeczy związanych z postaciami pobocznymi, ale zapis miał coś w okolicach 120-130 godzin.
Co ciekawe, po mniej więcej dziesięciu latach od tamtego grania w FFVII kupiłem tę samą wersję pecetową jeszcze raz, bo poprzednia gdzieś się przez te lata zgubiła. Wrzuciłem do szuflady i pomyślałem, że pogram sobie jak przyjdzie jakiś lepszy cza na to. I tak sobie tam leżała.
Później życie poszło dalej, pojawiło się małżeństwo, inne rzeczy, inne zajęcia, aż w pewnym momencie pojawiły się informacje, że trwają prace nad zrobieniem Remake'u. Kupiłem wtedy PS4 właściwie z jednym konkretnym założeniem: będę czekał na Final Fantasy VII Remake. Czyli wydałem 2000 zł i kupiłem konsolę między innymi po to, żeby zagrać w grę, którą znałem już od kilkunastu lat. Po drodze przeszedłem jeszcze Final Fantasy XV, aż w końcu pojawił się Remake, przeszedłem go i na tym moje regularne granie się skończyło.
Ale nie skończyło się samo Final Fantasy.
Dzisiaj, po tylu latach, nadal zdarza mi się odpalić soundtrack z wersji z 1997 roku. Czasem słucham też muzyki z nowszych wydań. Kilka pierwszych dźwięków i w głowie mam konkretny obraz miejsca, gdzie to było :)
Kolekcja Final Fantasy VII
Z całego tego szumu związanego z odejściem od płyt CD w grach, postanowiłem sobie zbudować kolekcję Final Fantasy. Jak coś ciekawego wpadnie i nie jest drogie, to biorę. Teraz na przykład czekam na paczkę z Japonii. Idzie już ponad dziesięć dni, a na eBayu w szczegółach śledzenia przesyłki cały czas dzielnie stoi Osaka, zastanawiam się, czy przesyłka faktycznie jedzie do Polski, czy po prostu bardzo dobrze czuje się w Japonii i postanowiła tam zostać. No ale zobaczymy, może kiedyś dojdzie.
Puzzle Final Fantasy VII
Mam w domu nawet puzzle Final Fantasy VII - holograficzne - przy świetle żarówki praktycznie nie do ułożenia, w świetle dziennym - w miarę do ułożenia. Dwa obrazy już wiszą w ramkach, a teraz męczę Midgar. Męczę, bo układam go już trzeci tydzień i dopiero dobiłem do (chyba) połowy - tylko tysiąc puzzli. Tysiąc w teorii, bo w praktyce wygląda to tak, że siedzę przez pół godziny i znajduję pięć pasujących kawałków. Puzzle wchodzą, ale czy dobrze? Okaże się na koniec, bo już z wersją Cloud/Sephiroth niby wlazły a na koniec 10 nie pasowało :) A jak układam puzzle, to odpalam sobie soundtrack z FFVII i tak sobie siedzę.
Może z boku wygląda to trochę jak zabawa dużego dziecka, które kupiło sobie holograficzne puzzle z gry sprzed prawie trzydziestu lat. I może tak jest. Może czasami brakuje mi właśnie tego dzieciaka. Może ten cały Final Fantasy, kolekcjonowanie płyt, soundtracki i składanie Midgaru to nie jest żadna wielka potrzeba powrotu do przeszłości. Może po prostu jakiś fragment mnie został tam, w tych latach 90.
Nie wiem.
Ale póki co Midgar się składa a soundtrack leci w tle i całkiem mi z tym dobrze.
Cześć!
Komentarze
Prześlij komentarz