"W tym wpisie piszę o tym, jak muzyka i piosenki potrafią wywołać moje
katharsis: emocjonalne uwolnienie. To osobista refleksja o nostalgii, muzyce i zapominaniu, że
słuchanie też ma wartość."
Włącz dzisiaj jakąś starą piosenkę.
Nie tę, którą słyszałeś miesiąc temu. Tylko utwór, który kiedyś znałeś na
pamięć. Taki, przy którym siedziałeś w swoim pokoju, patrząc przez okno.
Taki, który leciał w słuchawkach podczas powrotów do domu. Taki, który
przez pewien czas był częścią ciebie. Nie rób przy tym niczego.
Dzisiaj.
Współczesny świat odebrał mi chyba umiejętność słuchania ale nie dlatego,
że muzyki jest mniej czy coś, bo jest wręcz odwrotnie. Myślę sobie.. że
potrafię grać na kilku instrumentach. Potrafię tworzyć muzykę. Nie jestem
w tym wybitny, ale wystarczająco dobry, żeby odgrywać melodie, które
lubię. Rozumiem jej konstrukcję, słyszę niuanse a mimo to regularnie
zapominam o muzyce. Naprawdę. Mijają tygodnie, czasem nawet miesiące
i orientuję się, że praktycznie niczego nie słuchałem.
Gdzieś głęboko we mnie siedzi przekonanie, że słuchanie muzyki jest
nieproduktywne. Że jeśli przez pół godziny siedzę i nic nie robię, to
tracę czas.
Nie rozwijam się.
Nie rozwiązuję problemów. Nie wykonuję zadania i pół godziny zmarnowane. Z
drugiej strony, kiedy patrzę na ilość czasu, którą ludzie codziennie
oddają bezmyślnemu przewijaniu ekranów, to takie słuchanie muzyki, wydaje
się jedną z mniej zmarnowanych rzeczy, jakie można zrobić.
Nie jestem melomanem. Jestem jak większość ludzi - ulepiony z podobnej
gliny, mam uszy, słyszę, słucham. Tyle że moja relaxowa glina ma domieszkę
piachu i żwiru w postaci konkretnych gatunków, a ponieważ moje ścieżki
kiedyś skierowały się w stronę elektroniki, to słuchałem dużo vocal trance,
ambient i oczywiście wszystkiego tego, co leciało w VIVIE z tamtych lat.
Jakaś część mnie ma bardzo głęboko wgraną muzykę spokojną i nie chodzi tu o
Chopina, tylko o sposób połączenia długich akordów i reszty tła. O tę chemię
między prostotą a wokalem i
padem. Myślę, że moje połączenie można by przenieść na grunt każdego innego
stylu. Każdy z nas ma swoje ulubione dźwięki/momenty które go poruszają - i
czy to będzie hip-hop, rock, pop, czy ich podgatunki, mechanizm jest pewnie
ten sam. Czasem jest to wolniejsze tempo, czasem nieco szybsze. Jakiś
fragment melodii trafia dokładnie tam, gdzie powinien. Pojawia się ścisk w
gardle i to uczucie gdy w głowie siedzi tekst "o ku... ale fajna muza!".
Głowa jakoś tak reaguje, jakby miała się uwolnić, taki powolny i później
większy przypływ emocji. Dlaczego tak reaguję? Czy to nostalgia? Czy to
wspomnienia? Czy może po prostu smutek? A może to
uwolnienie?
Kiedyś tłumaczyłem sobie ten stan tym, że ja po prostu bardzo lubię słuchać
muzyki. Czułem się jak jakiś znawca gatunków, które słucham - dlatego tak to
przeżywałem. To nie było to. Odszyfrowałem siebie po wielu, wielu latach. To moje emocje. Emocje,
które przez tygodnie albo miesiące nie mają ujścia, nagle znajdują drogę na
zewnątrz. Bo coś w środku wreszcie pękło. Muzyka nie przywołuje u mnie
jakiegoś jednego wspomnienia. Nie widzę konkretnego dnia ani konkretnej
sytuacji. Wraca raczej pewien stan. Poczucie bezpieczeństwa, beztroska,
jakby tęsknota za czymś większym niż wspomnienia. Za spokojem i lekkością.
Za człowiekiem, którym kiedyś byłem. Za tym co chciałbym zrobić a nie
zrobię. I kiedy muzyka się kończy, zostaje zmęczenie. Jestem psychicznie
wymęczony, jak po wypłakaniu czegoś, co od dawna chciało zostać
wypłakane.
Długo szukałem nazwy dla tego uczucia ≈
katharsis.
I tak sobie teraz myślę, że te kilka przypadkowo odnalezionych dźwięków, potrafi
zrobić dla mojej duszy więcej.. niż setki przeczytanych poradników.
Cześć!
Komentarze
Prześlij komentarz